Zdawało jej się, że Matka Boska, usłyszawszy pierwsze słowa jej gorącej prośby, uśmiechnęła się do niej, ale kiedy zaczęła prosić o chleb dla swoich synów, przymknęła oczy. Toteż smutna matka podniosła się z ziemi i przeżegnawszy się, poszła na pole. Nie było ono wielkie, lecz twarde i kamieniste; rodziło zboże z wielkim trudem, jakby nie chciało karmić dwóch darmozjadów, Jacka i Placka. Matka rozejrzała się dookoła i zaczęła głośno wołać, ale nikt jej nie odpowiedział. Synowie hasali gdzieś daleko po polach i lasach. Ujęła więc w drżące ręce wyszczerbiony rydel61 i zaczęła odwalać ziemię. Złamana w krzyżu62, zwiędła, umęczona, szukając nadludzkich sił w radości, że swoją straszliwą pracą nakarmi dzieci, pracowała od rana do wieczora. Perlisty pot zalewał jej oczy i zlepiał jej na skroni siwe włosy. Wzdychała przy tym ciężko i boleśnie, aż zmiękło serce kamienistej ziemi, która zaczęła się poddawać, jakby chciała powiedzieć: „Obie jesteśmy matkami, nieszczęśliwymi matkami: ja rodzę osty i kamienie, a ty złe dzieci, co mają serca z kamienia. Ale Bóg jest ponad nami”.

Wiatr wiosenny, dobry i łagodny, ujrzawszy mękę starowiny, smutno westchnął, potem poleciał gdzieś daleko nad morze i stamtąd, wśród turkotu grzmotów, przyciągnął opasłą beczkę chmury, pełną wody. Chmura wylała ją na twardą ziemię i pomogła kobiecinie, a wiatr zatoczył się z radości i śmiał się, i tańczył po polach. Nikt inny nie mógł jej pomóc, bo wszyscy ciężko pracowali, nawet starzy i dzieci. Jednak robota nieszczęśliwej matki nie była skończona; poruszyła ona wprawdzie ziemię, ale nie można było zasiać ziarna wśród tych odwróconych ziemnych brył. Trzeba było albo porozbijać grudy, albo przewlec po nich zębiastą bronę63, co kruszy wszystko w swoich żelaznych zębach i zamienia w urodzajny miał. Była to jeszcze cięższa praca. Toteż biedna starowina spojrzała z głuchą rozpaczą na to pole żywiące, ale żywiące za cenę potu i łez, bo dziesięć kropel potu płaci tylko jednym ziarnem. Jednak potężne i bohaterskie serce miała ta kobieta: jak gdyby w uniesieniu i zapomnieniu wyciągnęła ciężką bronę i nałożywszy sobie na piersi parcianą64 uprząż, wygięła grzbiet w okropnym wysiłku i usiłowała powlec bronę po grudzie. Serce jęknęło od przeraźliwego trudu, zadrżały nogi pod nieszczęsną. Nie ma jednak dość ciężkiego trudu dla człowieka, który pragnie dokonać bohaterstwa. I oto ta starowina, pobita nędzą i głodem, idąca ostatkiem sił do schyłku swego życia, zaprzężona do brony jak koń, znalazła w swoim najcudowniejszym sercu tyle sił, że poruszyła ciężką bronę, zaczepiającą zębiskami o każdy kamień i o każdą wyrwę. A ona wlokła ją, stąpając miarowym, uporczywym krokiem człowieka, który przysiągł swojemu sercu, że dokona nawet niemożliwej rzeczy. Przewlokła ją raz i drugi, dysząc ciężko. W głowie jej huczało, a serce, śmiertelnie znużone, zamieniło się w ciężki młot, którym ktoś ciężko uderzał w jej pierś.

Od czasu do czasu szeptała:

— O Boże, pozwól, abym nie umarła, zanim dokończę... Daj mi jeszcze pożyć, choćby do wieczora, aby dzieciom moim nie zabrakło chleba...

Słowa te zjawiały się na jej spieczonych ustach jak rubinowe kropelki krwi.

Ludzie opodal, również orzący ziemię w wielkim trudzie, płakali na jej widok, bo choć każdy ciągnął pług lub rydlem wzruszał ziemię, jednak czynili to społem65 i każdy kogoś miał do pomocy. A ona była sama, matka sieroca, śmiertelnie sama. Tylko wiatr czasem chłodził litościwie jej zbladłe czoło, a czasem chmura, ulitowawszy się nad ludzkim nieszczęściem, zakrywała słońce, aby jej nie paliło.

Już się miało pod wieczór, bo w zachodniej stronie zaczęły na niebie kwitnąć lilie, a ona nie dokonała nawet dziesiątej części swojej pracy. Nagle rozpromieniły się jej oczy, których spojrzenie zmienione było w siwy popiół, gdyż ujrzała swoich synów powracających z włóczęgi. Serce w niej zabiło radośnie, bo już nie będzie sama i już nie sama będzie wlokła tę bronę straszliwą i tak ciężką, tak ciężką... Wyprostowała zgięty krzyż i z trudem chwytając oddech, aby skrzydła przypiąć swoim słowom, zawołała głosem serdecznym i tak gorącym jak najgorętsza łza:

— Pomóżcie mi, synkowie moi!

Nie słysząc odpowiedzi, pomyślała, że jej nie dosłyszeli, tak więc jakby sobie serce wyjęła z piersi i zamieniła je w wołanie, prosiła:

— Na rany Chrystusowe! Pomóżcie mi, synkowie moi!