— Proszę pana profesora, pójdziemy łowić raki!

Pan Podkówka spojrzał na nią, jak gdyby jeszcze nigdy w swoim smutnym życiu nie widział wariata. Zdjął okulary, przetarł je sumiennie i spojrzał raz jeszcze. Wesołe, czarne oczy patrzyły na niego radośnie. Wtedy pan Podkówka wyrzekł tylko jedno słowo:

— Chodźmy!

Straszliwość zuchwałych podstępów Irenki brnęła coraz dalej. Nikt nie zdołałby tego opowiedzieć. Prawdą ostateczną jest to, że dnia jednego, kiedy jabłka padały na ziemię jak ciężkie, rumiane pociski, ciotka Amelia wyszła na boży świat pomiędzy drzewa. Nagle krzyknęła, jakby zobaczyła diabła; czym prędzej pobiegła z powrotem do domu i wywiodła z niego wszystkich żywych. Babka dreptała na ostatku, pytając rozdzierającym głosem: „Kto umarł? Kto umarł?”. Wszyscy, idąc za wskazówką drżącego ramienia ciotki Amelii, zadarli w górę głowy i stanęli jak wryci: na szczycie jabłoni siedziała Irenka i chwiała się na gałęzi jak młody pawian; a niżej, na grubym konarze, rozparty w jego rozwidleniu, siedział pan Podkówka, gryzł jabłko i śpiewał wniebogłosy.

— Świat się kończy! — rzekła ciotka Amelia. — Ta dziewczyna świętego przywiedzie do obłędu.

— Dzielny Podkówka — z uznaniem rzekł pan Borowski. — A Irenka mądra dziewczyna. Jazda, ciotki! Leźcie na drzewo!

Ciotki spojrzały na niego jak na węża i odbiegły niczym sarenki. Babka tylko, nie wiedząc, o co idzie, pytała pana Borowskiego, czego żąda, bo może ona to zrobi.

Tak to się stało, że poważny pan Podkówka wyraźnie postradał zmysły i od tego czasu widziano go i na tratwie, i na koniu, a czasem na dachu. Razu jednego zaśmiał się tak donośnie, jakby koń zarżał, i odtąd śmiał się ciągle. Lekcje stały się wesołe, raźne45 i przyjemne. Pan Podkówka mówił pięknie, wymachiwał rękami i znać było, że kocha to, czego naucza. Do niedawna dyktował Irence zdania wzniosłe, uroczyste i tak najeżone jak ryżowa szczotka:

— „Módl się i pracuj!”. „Cierpienie jest udziałem człowieka”. „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!”. — Teraz, w porywie radosnej lekkomyślności, wołał, wskazując palcem na kajet46: — „Kochajmy słońce!”. „Bóg cieszy się radością człowieka!”. „Bądź radosny, a będziesz szczęśliwy!”. „Unikaj łez, uciekaj przed smutkiem!”. — Wreszcie wynalazł w jednej ze swoich książek zdanie przedziwnie piękne, które kazał Irence wypisać jak można tylko najstaranniej: „Stracony jest każdy dzień bez uśmiechu”.

— Wariat znajdzie wariata w korcu maku — uroczyście wyrzekła jednego piątku przy obiedzie ciotka Amelia. Ponieważ właśnie jadła rybę, więc jej te straszliwe słowa stanęły ością w gardle.