Wobec tego szybko dreptał po pachnący miód, aby nim osłodzić boleść swojej dziewczynki, na której cała kopa18 klapsów byłaby przyschła jak na młodym psiaku, a sześć najmizerniejszego na niej nie czyniło wrażenia.
Nad tym tylko staruszek pilnie czuwał, aby mu kiedy nie podpaliła przypadkiem jego białej plebanii, ukwieconej i pachnącej rumiankiem. Na razie nie leżało to w jej zamiarach, więc żyli sobie w rozkosznej zgodzie, bardzo w sobie rozkochani. Kiedy ten uprzykrzony pędrak zaczął róść szybko jak malwa pod oknami i doszedł dość już zażywnej liczby lat dziewięciu, awantury działy się niepoliczone i coraz bardziej zdumiewające. Przepłynąć rzekę w najgłębszym miejscu, siedząc jak małpa na grzbiecie przerażonej szkapy — było dla Irenki drobnostką. Podczas powodzi potrafiła, siadłszy okrakiem na belce, dotrzeć do płynącej po mętnych rozlewiskach chałupy i uratować z niej zapomnianego psa. Odprawiała sądy wśród wiejskich niedorostków, kiedy zaś nie można było zagmatwanej sprawy rozwikłać rozumem, staczała bój z winowajcą, który długo potem nosił jej pieczęć i podpis w kształcie sińca pod okiem. Wtedy to ksiądz proboszcz miał do niej długą mowę i usiłował wydobyć ze swoich siwych oczów dwa pioruny; już jej zagroził pogardą świata i gniewem bożym i już sięgał po piorun, kiedy Irenka rzekła:
— Albo się mylę, albo rój pszczół siadł na jabłoni!
Ksiądz opuścił wzniesioną do karcenia rękę, piorun padł na trawę i bzykał w niej nieszkodliwie. Staruszek wołał zdyszany:
— Gdzie? Gdzie?
Irenka bardzo długo i pilnie patrzyła w stronę drzew.
— Zdawało mi się, to nie pszczoły — mówiła z wielkim żalem.
Staruszek na próżno starał się odnaleźć w sobie furię i pioruny. Machnął ręką i mruczał:
— Ciebie to nawet w piekle nie przyjmą!
— Tak? Za to, że się pomyliłam, to mi ksiądz proboszcz piekłem grozi? Mój Boże! Mój Boże!