— Po co to czynisz? — zapytała ją matka.
— Aby się ta pani nie przestraszyła, kiedy niespodzianie spojrzy w lustro! — rzekła Irenka uprzejmie.
Skutki tej uprzejmości skończyły się dla niej boleśnie.
Ojciec Irenki, pan Borowski, śmiał się ze wszystkich jej awantur. Był to dobry człowiek i tak zapracowany, że patrzył na tę dziewczynę jak na promyczek słońca, co do smutnego zabłąkał się domu. Największa sterta zboża na jego polu była jeszcze mniejsza od tej sterty trosk, która go przywaliła. Irenka patrzyła czasem z wielką zadumą na ślicznym swym czole, jak on chodził błędnie, sam do siebie gadał i taką czasem miał minę, jakby mu się płakać chciało. Gładził ją po czarnej głowie, ale myślał o czym innym i patrzył gdzieś w dal, na drogę. Tą drogą przyjeżdżał często poważny pan i wtedy pan Borowski był najsmutniejszy, bo ten pan długo siadywał w kancelarii, potem szedł między stajnie i stodoły, oglądał konie i krowy i wciąż pisał, i pisał.
— Nie podoba mi się ten gość! — rzekła Irenka sama do siebie.
Poszła potem do pana Borowskiego i mówi:
— Tatusiu, czy chciałbyś, aby ten pan nigdy już tu nie przyjeżdżał?
— Dałby Bóg! — rzekł pan Borowski.
— To się da zrobić! — mrugnęła na niego Irenka.
— Jakżeż to można zrobić?