— Młodzieńcze! — zawołał. — Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach? Co to wszystko znaczy?

— To znaczy, panie profesorze, że pan profesor ma swoją metodę...

— Ja? Metodę?

— Tak jest... Odkryłem ją już bardzo dawno. Prawie każdy z panów profesorów ma jakiś swój sposób i porządek egzaminowania. Pan profesor egzaminuje każdego razu trzech, a tych trzech wybiera z notesu wedle niezmiennego porządku. Najpierw pierwszego, z kolei dziesiątego i dwudziestego, następnym razem drugiego, jedenastego i dwudziestego pierwszego i tak dalej. Ponieważ jest nas tu równo trzydziestu, a każdy w notesie pana profesora ma swój numer, więc łatwo było obliczyć, kto i kiedy będzie pytany.

Pan profesor cofnął się nagle i patrzył na Cisowskiego jak na czarownika.

— To przecież było najgłębszą tajemnicą! — zakrzyknął gromko.

— Z pewnością — mówił Cisowski. — Nie ma jednak na świecie takiej tajemnicy, której by nie można odgadnąć.

— Czekaj! Ani słowa więcej... Zaraz sprawdzimy!

Wydobył z kieszeni notes, zamknięty siedmioma pieczęciami tajemnicy, i począł go przeglądać z niebywałym pośpiechem.

— Tak, tak... — mówił jakby przerażony. — Kartki mi się zlepiły. Istotnie... Pomyliłem się... Jak to odkryłeś?! — krzyknął nagle wielkim głosem.