— Niemożliwe! Łżesz! — krzyknął ktoś z „przyjacielskiego koła”.

— Cicho bądźcie! — wołał Adam. — Skąd wiesz, że to on?

— Nikt inny zabrać nie mógł. Wczoraj na ostatniej lekcji pióro leżało między nami... I znikło jak kamfora...93 On je zabrał!

Adam zwrócił się do Żelskiego:

— Józek, zabrałeś mu pióro?

— Nie zabrałem żadnego pióra... Jasiński wściekł się chyba!

— Dajesz słowo, że nie wziąłeś pióra?

— Daję słowo! — odrzekł tamten z powagą.

— Zbyszek, słyszysz? Józek dał słowo. Czy ci to wystarczy?

Zbyszek mocował się z własną duszą. Uczciwe słowo — wielka rzecz. Nie mógł nie wierzyć. Spojrzał dokoła siebie, jak gdyby szukając poparcia, lecz spotkał oczy groźne i niezwykle poważne. Niebezpiecznie było podać w wątpliwość słowo dobrego kolegi — gniew w nim jednak wrzał i bulgotał i nie mógł się ukoić.