— A podsłuchiwać można? — zapytało przymilnie dziewczątko.

— Za podsłuchiwanie będzie kęsim109! — ostrzegał Adam.

Dwaj młodzieńcy byli istotnie przystojni, lecz tak uroczyści jak dwaj pielgrzymi, co przybyli do Piasta Koszyczka, męża Rzepichy i ojca niechrzczonego Ziemowita110. Adam znał ich dobrze z widzenia, byli to bowiem szóstoklasiści tego samego gimnazjum. Prezentacja odbyła się wedle wszelkich nakazanych przez wytworność przepisów, za czym młodzieńcy usiedli i obaj zmarszczyli czoła. Za pomocą bardzo okrężnego wnioskowania Adam poznał łatwo, że sympatyczni koledzy mają ciężkie myśli i kamień na sercu, wobec czego zagadnął ich z miejsca, oświadczywszy z wdziękiem jak Rejent w Zemście111, że „nie znana mu przyczyna, co w nikczemne jego progi Marsowego112 wiedzie syna”113. Cytata ta, poza ilością „Marsowych synów”, była bliska prawdy, bo mars114 na ich czołach wieścił Marsa — boga wojny. Adasiowi przyszło na myśl, że te dwie uroczyste postacie poprzedzają śmierć, co nie mogła zdążyć równocześnie z nimi, oni bowiem przybyli tramwajem, a śmierć człapie piechotą. Może to sekundanci, co przyszli, aby go wyzwać na udeptaną ziemię? Nie mógł sobie wprawdzie przypomnieć, czy kogo115 obraził, lecz szkoła ma honor tak czuły, że jakiś rycerz mógł się poczuć dotknięty z lada jakiego powodu. Czekał przeto niecierpliwie, aby puścili z siebie głos. Widać było, że im jakoś nieswojo; jeden spozierał na drugiego, zachęcając się w ten sposób do mówienia, tymczasem jednak obaj chrząkali, jak gdyby to był egzamin, a nie wytworna wizyta. Wszystko jednak ma swój koniec, a kij, wąż, cygaro i kiełbasa mają wedle głębokich spostrzeżeń nawet dwa końce, więc wreszcie jeden z nich, łyknąwszy powietrza, rzekł uroczyście:

— My, proszę kolegi, jesteśmy delegacją...

— O! — zdumiał się Adam krótko i okrągło.

— W smutnej sprawie — dodał szybko drugi.

„Teraz już ruszą z kopyta” — pomyślał Adam, a głośno dodał:

— Kto kolegów przysłał?

— Klasa! — odrzekli obaj.

Adam skłonił z szacunkiem głowę przed tym słowem dostojnym i zapytał rozciekawionym spojrzeniem, czego żąda od niego sąsiednie mocarstwo.