— Jaka koza? — ze szczerym zdumieniem zapytał profesor.
— Bratanica pana profesora...
— Aha! Będzie, będzie. W tej chwili lata po mieście jak kot z pęcherzem i ogląda fatałaszki. Nie rozumiem tej namiętności, któż jednak zdołał kiedykolwiek pojąć kobietę? Napoleon był geniuszem, ale z babami nie umiał sobie dać rady. Więc mogę mieć nadzieję?
— Wszystko uczynię, panie profesorze, i jeśli tylko będzie możliwe...
Staruszek, bardzo rozradowany, chciał wejść w szafę zamiast w drzwi, chwycił laskę doktora zamiast swojego parasola i zapomniał kaloszów. Niczego więcej nie dokazał w wielkim oszołomieniu. Usiłował wprawdzie wpaść na ulicy pod automobil130, ale to mu się przypadkiem nie udało.
Adaś odwiedził go o czwartej po południu. Przyjęła go panienka wysoka i smukła. Miała takie fiołkowe oczy, że powinny wydawać fiołkową woń; z drobnych jej ust nie schodził uśmiech.
— Aha! — mówiła wesoło. — Pan zapewne jest „szatan”? Stryjek tak pana nazywa...
Adaś chciał rzec, że ją stryjaszek nazywa kozą, nie wypadało jednak tak kosmatej prawdy wyznawać osobie, co ma fiołkowe oczy. Uśmiechnął się przeto nieporadnie i zapytał:
— Czy pana profesora nie ma?
— Na świecie jest, ale nieobecny duchem, bo śpi.