Ostrowicki zbliżał się ku katedrze krokiem idącego na ścięcie. Przechodząc, kiwał głową na dwie strony, jak gdyby się żegnał na wieki z kolegami, z dobrymi mołojcami36. „Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży...” — jak Podkomorzy w Panu Tadeuszu. Gdyby w klasie siódmej zasiadały damy, porównanie byłoby zgoła znakomite: był tam natomiast jeden „starzec”, bardzo zdumiony, i „młodzież” z takim na obliczach wyrazem, który nauka ścisła nazywa „zbaraniałym”.
— Ratuj, kto w Boga wierzy! — szepnął nieszczęśnik pierwszym ławkom.
Pierwsze ławki jednakże nagła rozpacz pozbawiła czucia. Serca w nich struchlały.
— Ostrowicki, miły chłopcze — mówił łagodnie profesor Gąsowski. — Spotkała mnie dzisiaj wielka przykrość... Bardzo wielka przykrość... Co tobie jest, czemu się chwiejesz?
— Słabo mi, pani profesorze... — jęknął młodzian.
— Ha! — zdumiał się profesor. — Słabo ci? Ale odpowiadać będziesz?
— Nie mogę, proszę pana profesora...
— Dlaczego? Połóż rękę na sercu i powiedz dlaczego?
— Bo nie jestem przygotowany... Nie umiem... Nie spodziewałem się.
— I ty? I ty, Brutusie?37 — krzyknął staruszek. — Czy wyście dzisiaj poszaleli?