— Woły czynią to również — sierdził165 się profesor — bo całą ich setkę166 kazał zakatrupić przy dobrej sposobności rzeźnik jeden, Grek, pachnący czosnkiem i wzdęty od jedzenia prażonego bobu167.
Na ten temat nie rozmawiali nigdy po przykrej scenie, kiedy to profesor, zdjęty gniewem, wyjechał bez pożegnania i nie pokazał się na wsi przed dwa lata. Teraz udawał, że ściska znakomitego matematyka, lecz czynił to raczej symbolicznie, by nie zetknąć się bliżej z piekielnie czarną brodą, mającą przedziwną właściwość smolenia białych szat. Pan profesor odziany był w strój z surowego płótna niepokalanej białości, chociaż tak przedziwnie skrojony, że mógłby służyć Barbarossie168 za worek pokutny u bram Canossy169.
Matematyk ucałował powietrze nad czołem panny Wandy, po czym zagrzmiał jak organy:
— Kim jest ten bystrooki młodzieniec? Ha?
Adaś usłyszawszy niespodziany głos burzącej kolubryny170, wychodzący z ludzkiej piszczałki, cofnął się mimo woli w szczerym zdumieniu.
— Pan Adaś... — szepnęła panienka.
— Mój przyjaciel — rzekł profesor uroczyście. — Mój wielki przyjaciel, a nazywa się Cisowski. Posiada on prawdziwą zdolność rozwiązywania spraw zawiłych i tajemniczych. Jego obecność pomoże nam rozwikłać tę nieszczęsną sprawę.
Matematyk przyłożył wskazujący palec do piersi Adasia, chcąc upewnić wszystkich, że ściśle jego osobę ma na względzie, i rzekł głosem używanym pospolicie na pogrzebach:
— Jakie trudności zdołałeś pokonać?
— Dotąd żadnych, proszę pana — odpowiedział Adaś. — Udało mi się czasem odgadnąć jakąś łatwą zagadkę. Starałem się myśleć logicznie...