— Do niedawna mieszkało tam dwoje staruszków, których syn jest w Brazylii. Najpierw umarło jedno, potem drugie, a młody pan Winnicki zrezygnował, zdaje się, z tej chudej schedy179. Czuwa nad nią jakiś stary rządca.

— A jak się nazywa ta wieś, proszę pani?

— Żywotówka. O godzinę drogi stąd, za tym lasem, w bardzo zapadłym kącie. Czasem widuję z daleka ten dom, gdy jadę do miasteczka. Podobny jest do naszego, bo w tej stronie wszystkie domy są do siebie podobne, tylko że stoi nad wodą i na wzgórku.

— A miasteczko?

— Nędzne: kościół, dwa sklepiki, poczta i odrapany zajazd. Przechodzi przez nie gościniec180. Czy Adaś chciałby jeszcze coś wiedzieć?

— Już nic, proszę pani... Bardzo dziękuję.

— Gdyby Adaś chciał wiedzieć więcej, niech zapyta Wandzi. Ona zna tutaj każdy kąt, każde drzewo i każdego konia. Łaziła po każdym drzewie i jeździła na każdym koniu. To straszna dziewczyna! — dodała z bolesnym z przyzwyczajenia, lecz roztkliwionym uśmiechem, podobnym do szczęśliwego. — O, mój mąż mnie woła...

Wyszła czym prędzej, usłyszawszy głuchy ryk, dudniący w oddali, jak gdyby ciężka artyleria przejeżdżała po moście.

— Lew wychodzi z jaskini! — mruknął pan profesor. — Biedna gazela... Co będziesz teraz czynił, przyjacielu?

— Rozejrzę się trochę dokoła.