— Więc ile? — popędzał prezydent.
— Jeśli to musi być prędko — dwa tygodnie.
— Wykluczone! Trzy dni! Stawiaj pan swoje warunki! Śmiało!
Bezbrzeżne zdziwienie, malujące się na twarzy Kruka, było jedyną odpowiedzią.
— No? — ponaglał Summerson.
— To jest niemożliwe — wyjąkał Kruk. — Musiałbym nie jeść, nie spać. Przemienić się w automat. I nie wiem, czy nawet wtedy bym podołał.
— Konstruktorze Kruk! Trzy dni wytężonego wysiłku to niewiele, to nic w porównaniu z uśmiechem fortuny, magicznej bogini szczęśliwców. A ona uśmiecha się do pana. Trzeba łapać chwilę. Jedyną! Później nie wróci. Wie pan przecież, że los lubi mścić się na głupcach, którzy nie umieją uszanować kaprysów jego dobroczynnej łaski…
Kruk wyczuł w tych słowach groźbę. Nie wierzył wprawdzie w ślepy los, poznał natomiast żądło możnych a przewrotnych ludzi. Po nich spodziewał się każdej nikczemności. Spojrzał przenikliwie na Summersona. Niech wie, że został właściwie zrozumiany.
— Zrobię, co będę mógł — odpowiedział stanowczym tonem.
— Mało — poruszył się prezydent. — Muszę mieć pewność, że ukończy pan pracę w terminie. Pan daje gwarancję, a ja doliody. Tak stoją sprawy!