— Zuchwały jesteś ponad miarę, choć dobrze znasz powody, które powinny cię skłonić do skrajnej pokory. Dowiedz się więc, skoro chcesz, że ja reprezentuję oprócz boskiego prawa także i ludzkie — Summerson odmierzał słowa jak kroki. — Dziadek Nika Mellona, który raczył darować twojej matce życie i konsekwencje nieczystego jej pochodzenia, od czterdziestu pięciu lat cyrkuluje w Celestii już tylko w postaci pierwiastków.

— Moja matka też nie żyje i tylko Bóg ma ją w swej władzy. Bóg, jego prawa i jego sprawiedliwość. Wystarczająco dużo upokorzeń zniosła w tym życiu, aby szczęśliwie odpoczywała na Juvencie. O, ja w to wierzę bardzo mocno — wyrzucił Bradley roztrzęsionym głosem.

— Ale jesteś ty i twoi dwaj synowie. I dzielnica murzyńska też jest — dokończył prezydent, marszcząc groźnie brwi.

Profesor wzdrygnął się. Po raz pierwszy w życiu przyszło mu do głowy, że nie jest szczęściem ani zaszczytem zwracać się w poufałej formie do władcy Celestii.

— Ekscelencjo! — rzekł oschle. — Zrobiliście mnie dyrektorem szpitala rządowego, możecie mi tę posadę odebrać. Zajmie ją ten, kto zgodzi się być nie lekarzem, tak jak ja zgodziłem się przed dwudziestu pięciu laty. Wtedy byłem młody, pełen ambicji, urzekła mnie kariera. Chciałem zatrzeć niezawinione piętno… Chciałem być człowiekiem… Staremu wiele nie potrzeba. O swoją duszę też jestem spokojny. Ekscelencjo, proszę znaleźć gołowąsa takiego jak ja wtedy i ofiarować mu moje miejsce. Dobrze?

Prezydent milczał chwilę. Wzbierała w nim wściekłość.

— Nie! — zawołał z gniewem. — Zrobiłem głupstwo sprowadzając tu ciebie. Myślałem, że nie zdziecinniałeś mimo swoich pięćdziesięciu lat. Ale stało się. Rzecz zrozumiała, wiadomość o moim rozkazie nie może stąd wyjść. Ten, kto go spełni, będzie nagrodzony i za wierność prawu, i za dozgonne milczenie. Jestem bardzo hojny. Bardzo! Ale nie mogę opłacić w jednej sprawie dwóch: tego, który zadowolił wymagania sprawiedliwości, no i tchórza za to tylko, żeby językiem nie mlasnął zbyt pochopnie. Czy rozumiesz mnie właściwie?

— Rozumiem. Dobrze mi tak! Zginę — to będzie słuszna kara za tamto. Sumienie gnębiło mnie dostatecznie długo. A mój następca zbierze zapłatę za obecnego nieszczęśliwego i za mnie. Ekscelencja przypomni mu to po latach jako podwójnie szczęśliwy traf — szyderstwo przebijało w głosie człowieka, który poczuł, iż nie ma nic do stracenia.

Prezydent uznał, że posunął się za daleko. Rozjaśnił twarz przyjacielskim uśmiechem.

— Mówisz jakieś niedorzeczności, kochany profesorze. Któż cię uśmierca? A o tym sumieniu… Ach! — machnął ręką. — Kiedy naukowcy zaczną wreszcie logicznie myśleć? Niech cię o coś zapytam: ilu ludziom uratowałeś życie?