— Ber jeszcze nie wrócił.
— Wiem — przerwała Stella. — Właśnie przyszłam naradzić się z panią. Zdziwienie siwej kobiety wzrosło.
— Może ja przeszkadzam? — odezwał się Mallet. Dziewczyna spojrzała na niego.
— Pan jest krewnym Bernarda?
— Przyjacielem jego nieżyjącego już ojca, a dziś i jego przyjacielem.
— To świetnie. Niech pan zostanie. I nie czekając odpowiedzi wyjaśniła:
— Bernard jest w niebezpieczeństwie. Grozi mu śmierć. Trzeba go koniecznie ratować — dokończyła bardzo stanowczo.
Matka zadrżała. Chwilę stała nieruchomo, patrząc z lękiem w twarz Stelli, a potem, mocno ściskając jej dłoń, powiedziała:
— Dobra, szlachetna pani…
Dziewczyna uśmiechnęła się blado. Bała się rozwlekłych rozmów, podczas gdy każda chwila była droga. Przerwała więc: