— Cóż dziwnego? Trzeźwy jest świat, w którym żyjemy. Cholernie trzeźwy. Ale ty się śpieszysz, a ja przyszedłem w innej sprawie. Jeśli napomknąłem o rzeczach, które dobrze znasz, to nie dlatego, żeby winszować ci bądź co bądź kariery, i nie dlatego, żeby ją potępiać. Chciałem po prostu przypomnieć ci, kim byłeś ty, kim był twój ojciec…

Przysunął się bliżej.

— Chciałbym z tobą porozmawiać w cztery oczy — rzucił ściszając głos.

— Przejdźmy do pracowni — rzekł Bernard wstając.

— Czy nie ma tu gdzie aparatów podsłuchowych? — Mallet rozejrzał się podejrzliwie po ścianach i podłodze.

— Wykluczone. Moja w tym głowa i interes. Czego się obawiasz?

— To, co powiem, nie powinno przesiąknąć poza te ściany. Wiem, że ty umiesz trzymać język za zębami, ale „sprawiedliwcy” mają nie tylko długie ręce, ale i dobre uszy. To, co powiem, jest sprawą może nawet i gardłową.

— Nie obawiaj się. Więc co takiego się stało?

— Nic się nie stało, mam tylko do ciebie pewną prośbę. A właściwie dwie prośby.

— Wiesz, że zrobię wszystko, co będę mógł.