To bijący nieustannie z sufitu, tak jak w większości pomieszczeń Celestii, równomierny, stały blask przygasł na moment, rozjarzył się, przygasł, znów się rozjarzył i znów na chwilę przygasł.

— Jak ten czas się wlecze — westchnął Dean spoglądając na zegarek. Choć dopiero pół godziny minęło od opuszczenia przez Toma kryjówki zbiegów, nie mógł on ukryć ogarniającego go coraz bardziej niepokoju.

— Ten mały wygląda na mądralę — mówiła wyciągnięta na stosie szmat Daisy. — Powinien dać sobie radę.

— Tom jest rezolutnym chłopcem — odparł Bernard nie podnosząc głowy znad notesu, w którym coś obliczał. — A ponadto zna świetnie Celestię, więc z pewnością bez trudu dotrze do Horsedealera. Chyba że i Horsedealera zamknęli.

— Więc mówisz, Ber, że ten stary Horsedealer bardzo dużo mógłby nam wyjaśnić? — odezwał się Dean. — Wiesz, ja sam tego wszystkiego, co mówiłeś, nie mogę w żaden sposób uporządkować w głowie. Niby rozumiem, że zbliża się do nas jakaś rakieta, i to z Towarzysza Słońca, ostatecznie mogę uwierzyć, że są to diabły, choć nie potrafię sobie ich wyobrazić. Rozumiem również, że Summerson obawia się, słusznie czy niesłusznie, aby nie zniszczyły Celestii. Ale czemu usiłował za wszelką cenę ukryć, że chodzi tu o przygotowanie miotacza do walki?

— A w ogóle, jak może nas ten miotacz obronić? Oni mogą mieć taki sam albo lepszy i prędzej nas „zdmuchnąć” — dorzuciła reporterka. — Skąd Summerson wie, że te diabły mają gorszy miotacz?

Upraszczasz zagadnienie, Daisy — pokręcił głową Roche. — Przystosować miotacz do obrony trzeba nawet wtedy, jeśli się nie ma takiej pewności.

— A po co?

— Jak to — po co? Czy można zdać się na ich łaskę i niełaskę?

— A jeśli nas wcześniej „zdmuchną”?