To Dean trzymał w szachu policjantów, aby uniemożliwić im ostrzeliwanie Kruka.

Był znów uratowany. Wobec łatwości wspinania się przy małej wadze ciała, przeskakując po kilka szczebli drabiny, Bernard kilkunastoma gwałtownymi ruchami ramion dotarł do towarzyszy.

— Daisy! Co z Daisy? — podbiegł do reporterki leżącej nieruchomo na podłodze. Dean klęczał obok dziewczyny, rozpinając jej bluzkę.

Twarz Daisy była sinoblada, przez prawą jej rękę od dłoni do łokcia biegła długa rana o spalonych brzegach.

— Trafili ją te łotry… — rzucił zdławionym głosem Dean. Przyłożył ucho do piersi dziewczyny.

— Żyje — stwierdził z ulgą. — Co za szczęście, że oparła się łokciem o krawędź włazu. Prąd spłynął głównie po ręce, tak iż wstrząs nie był śmiertelny.

Szybko podarł bluzkę na długie pasy i począł bandażować krwawiącą coraz bardziej ranę.

— Nie ma ani chwili do stracenia — ponaglał go Bernard. — Musimy uciekać. Za chwilę może tu być policja. Dean, daj pistolet. Ja idę pierwszy, a ty weź na ręce Daisy.Miejmy nadzieję, że policja nie obstawiła korytarza, gdyż wówczas wzięłaby nas w dwa ognie, a mamy tylko jeden pistolet.

— Ale czy w ogóle jest sens się bronić? — wybuchnął Dean. — Czy w ogóle jest gdzieś stąd jeszcze uciekać? Tym bardziej że trzeba by lekarza dla Daisy. Zresztą…

— Chyba nie liczysz, że Summerson nas oszczędzi?