— Tak. Masz rację. Ale… — zawahał się Bernard. — No więc, czego chcesz „de mnie?

— Abyś pomógł rozwiązać pewne trudności techniczne.

— Nie chcę się mieszać do tej historii.

— Wystarczy, że przejrzysz szkice i poczynisz poprawki. Więc jak?

Bernard toczył z sobą walkę. Czuł, że Mallet ma rację i jego, Kruka, obowiązkiem jest pomóc w ratowaniu tamtych z dołu. A jednak… Był przecież generalnym konstruktorem rządowym, miał wkrótce stać się udziałowcem Sial i zięciem wszechwładnego prezydenta Summersona.

— Teraz sam rozumiesz, dlaczego chcemy mieć swego własnego wybitnego specjalistę — rzekł z westchnieniem Mallet. — Ty, niestety, już zbyt daleko odszedłeś od nas. Za wcześnie zginął Toddy…

Słowa Malleta zastanowiły Bernarda. Czyżby Toddy stał się jego mistrzem nie tylko z własnej inicjatywy? Chciał teraz wiedzieć wszystko. Natychmiast…

— Powiedz mi, Johnny, szczerze. Czy to, iż zostałem asystentem Toddy'ego… — nie dokończył, wpatrując się z napięciem w twarz Johna.

— Tak. Toddy, choć nie pochodził z „szarych” jak ty, był jednak nasz. Tyś miał być jego następcą nie tylko na stanowisku konstruktora rządowego… Zginął jednak zbyt wcześnie. Potem tamci, „sprawiedliwcy”, potrafili przewrócić ci w głowie.

— Ależ Johnny! Jak możesz tak mówić? Mallet nie odpowiedział. Patrzył tylko ze smutkiem w oczy Bernarda. Kruk jednak nie wahał się już dłużej.