— Wiemy, że szantaż był — a dziś jest na pewno tym bardziej — ulubioną przez Summersona formą przekonywania ludzi, nie wyłączając jego najbliższego otoczenia. Jeśli mógł po tylu latach wywlekać murzyńskie pochodzenie Bradleya i grozić mu gettem…

— Co ty mówisz? — przerwał Bernard. — Przecież doktor Bradley nie ma nic wspólnego z czarnymi.

— Mylisz się — wyjaśnił Mallet. — Archiwum potwierdza zeznania Summersona. Matka Bradleya była Mulatką. To był głośny skandal…

— Ciekawe… — pokręcił głową Bernard. — No, to teraz wyobrażam sobie, jak Summerson — mając taki argument — na nim sobie używał.

Do gabinetu weszła Stella. Pewnym siebie krokiem podeszła do siedzących i zapytała trochę ostro:

— Czy nie przeszkadzam panom?

— Bardzo się cieszę — powitał ją Bernard, choć odczuł niepokój.

Mallet spojrzał na dziewczynę niechętnie i wstał. Nie lubił Stelli pomimo jej czynnego udziału w przygotowaniach do przewrotu. Nie mógł zapomnieć, że jest córką Summersona, do którego żywił nieprzepartą nienawiść.

— Gdyby zaszło coś ważnego — zadzwonię albo przyjdę. Będę w dyrekcji.

Dziewczyna zajęła fotel opróżniony przez Malleta i spokojnym wzrokiem wpatrywała się w Bernarda. Usiadł na poręczy jej fotela i pochylił się nieco do przodu, by spojrzeć jej w oczy.