— Moja kalkulacja dowodzi czegoś odwrotnego. Prezydent stropił się. Nie mógł zrozumieć taktyki Greena.
— Posłuchaj — rzekł postanawiając grać na zwłokę. — Żeby uwypuklić przewrotność twego stanowiska w tej sprawie, za tło mego wyjaśnienia niech posłuży przypomnienie ci faktycznej roli kobiety w Celestii. Wiesz przecież, że jest ona otoczona w społeczeństwie szacunkiem i uwielbieniem. Z głęboko pojętej kurtuazji wynika odsunięcie kobiety od tych praw publicznych, które nam, mężczyznom, każą dźwigać na barkach ciężar różnorodnej odpowiedzialności. Pan Kosmosu stwarzając kobietę uprzywilejował ją szczególnie, zwalniając na niekorzyść mężczyzny z trzech obowiązków: władzy, odpowiedzialności za nią i pomnażania dóbr doczesnych. Każąc kobiecie być dobrym duchem domowego ogniska obdarował ją na równi z nami nieśmiertelną duszą. Czyż nie jest to dar szczodrobliwy?
— Słuchaj, Ed! — przerwał Green. — Czy ty mówisz do ciemnej masy? Chodzę przecież każdej niedzieli do kaplicy centralnej na nabożeństwa, ażeby dawać dobry przykład „szarym”. Wtedy chcąc nie chcąc wysłuchuję twych kazań.
Prezydent nie dał się jednak wytrącić z równowagi.
— To już twoja sprawa, czy dbasz o swoją duszę — rzekł nieco patetycznie. — Ja jednak nie pozwolę na to, abyś kobietom przewracał w głowach. Wiem, że przygotowujesz jakąś wywrotową bzdurę, którą chcesz puścić na wszystkie programy. Otóż oświadczam ci, że nie pozwolę na to.
— W jaki sposób? — zaśmiał się Green. — Czy myślisz, że będę się ciebie pytał o pozwolenie? Cykl „Tam, gdzie rządzą kobiety” puszczam jutro na wszystkie ekrany. Mogę ci zresztą pokazać prospekt. Mam go przy sobie.
Green spokojnie sięgnął do kieszeni i wyjął cienką książeczkę oprawną w barwną okładkę przedstawiającą na pierwszym planie młodą kobietę w przesadnie wydekoltowanej wieczorowej sukni, rozpartą wygodnie w głębokim skórzanym fotelu, umieszczonym na podwyższeniu. Drugoplanowe postacie mężczyzn ustawione były w pozach poddańczej uległości.
Green zachęcająco przewracał kartki. Summerson ukradkiem spoglądał na obrazki.
— Więc ty… jednak… — syknął prezydent.
— Więc ja… właśnie… — odpowiedział Green jak przekorne echo. Silił się naśladować syczący głos gospodarza.