W słonych zmierzchach schodzę na białe wybrzeża,

w szeleszczące puszcze wilgotne jak barwy,

nawołuję w echa

już mi portów nie żal,

kiedy ciszy lazur w silne dłonie narwę.

Raz się tylko zbudzę jak w dalekiej pieśni,

Ty mi wyjdziesz cicho, jak dawniej, naprzeciw,

ręce dasz mi wonne w ciepłym świcie, wcześnie,

pobiegniemy w zieleń wolne, leśne dzieci...

9. II. [39]