— Panie podchorąży, to ja, pan podchorąży mnie nie zna, kapral Humeny. Kucharz... Panie podchorąży, jak nas wieźli w tę stronę, to po prowiant do magazynu zawsze z nami chodził pan podchorąży Czeczel. Bo tak samym to nie dają. Oszwabiali, dogadać się nie było sposobu... To teraz, ja tak myślałem, może pan podchorąży z nami by chodził jak nieboszczyk Czeczel?...
Za Humenym, bardzo sfrasowanym, stało trzech innych, nieznanych mu jeszcze z twarzy, strzelców i czekało, co powie Stecki.
— Naturalnie, trzeba mi było zaraz powiedzieć.
— Ja też tak myślał — ucieszył się Humeny — no, to chłopaki, co stoita, ganiać na dół po menażki.
Strzelcy znikli w zejściu pod pokład. Na górze pozostał tylko, oczekując ich powrotu, kucharz i podchorąży.
— Panie kapralu — zagadnął naraz, jakby sobie coś przypomniawszy, Stecki.
— A co takiego? — zaniepokoił się Humeny.
— Pamiętajcie, wy i inni; póki będę w plutonie, póty chciałbym, żeby wszystko było tak jak za podchorążego Czeczela.
— O, tak — przytwierdził Humeny — o, tak...
Czekali na tamtych. Naraz ponad głową Humenego, aż się usunął, załopotała na sznurze biało-czerwona, wciągana na maszt, flaga statku. Czy ściągnięto ją, szanując jakiś obyczaj wojskowy, ludziom nie morskim nieznany? Czy sznur się jaki zerwał, czy płachta flagi zaplątała się w linach? Nie znali się na tym. Dość, że widzieli tylko, jak flaga, zrazu łopocząca się ciężko, poczęła wpływać ku górze ślizgiem coraz szybszym i coraz równiejszym, aż wreszcie oparła się o szczyt, znieruchomiała, wykwitła. Wiatr morski zimnego dnia począł nią szarpać, rwać, trzepotać, a ona swoją bielą i czerwienią, żywością barw w tym szarym, północnym świecie zabiła w powietrzu, jakby w jej fałdy rozwijane falisto wczepiły się czyjeś młode życia, czyjaś krew utoczona najhojniej, czyjeś nadzieje nigdy nieginące, czyjaś wiara niezgnębiona niczym i jakby to one właśnie odżywały i trwały wiecznie w owym, na wietrze, sztandarze. Który był nad tym statkiem i nad tym wojskiem na morzu obcym jak krzyk ludzki, jak ptak żywy, jak płomień ognia. Jak znak.