*

Opowiadał mi to człowiek, który nic a nic nie miał w sobie z daru opowiadania. Słuchałem tego o narodzie co najmniej mi obcym, dalekim swoją historią, religią, polityką, rasą, wplątanym dziwnym losów wypadkiem w nurt historii mego kraju. Zarząd tej samej kolonii tego samego jeszcze rana przyjął mnie niegościnnie. Przyzwyczaiłem się do widzenia tych ludzi w świetle rozmaitego rodzaju. Wyszliśmy byli właśnie na rynek Petach Tikwy i czekaliśmy na autobus powrotny do Tel Awiwu. Było już po pracy w polu, było pełno ludzi w mieście. Absolutnie nic nie przypominało tych czasów, tamtych czasów. Aż się wydawało dziwne, że to wszystko to nie był wcale jakiś zły sen kolonistów. A jednak doprawdy miałem wtedy chyba takie właśnie uczucie, jakie musi mieć jakiś archeolog, gdy natrafi na dochowany zapomniany fragment nieznanej ludziom epopei.

Histadruth Haowdim

Na ścianie przeciwległego domu, w bieli osłonecznionej południem ściany ostro kładzie się kontur kilku palm.

Socjalisticzeskoje stroitielstwo. Podgotowka. Dwiżenie. Kolektiwnyje choziajstwa. Borba kłass. Wopros. Trudiaszczyjsia mir34.

Twardo, obco, surowo pada, rąbie to całe słownictwo bolszewickiej Rosji. Młody człowiek za biurkiem rozkłada ręce w geście, rzuca je wiecowo, pasąc się każdym dźwiękiem. Przez głowę, nachyloną nad notatnikiem dziennikarskim, przechodzi mi, że jak język łaciński stał się mową uczonych, jak francuski mową feudalnego i burżuazyjnego świata, tak ten nowy język rosyjski staje się międzynarodowym, jeśli nie językiem, to słownictwem socjalistycznego świata i jego elity. Dwóch Polaków, dziennikarz Łotysz, działacz lewicowy rumuński, Amerykanin, który był w Rosji, wszyscy oto słuchamy referatu informacyjnego o budowie Palestyny socjalistycznej jako państwa nowego, przyszłego, socjalistycznego ustroju. Nasz informator rozkłada oto przed nami wszystkie ruaże tej Palestyny, o której wie się najmniej. To nie mówi zalękniony konspiratorek komunistyczny, który boi się, że przymknie go policja, a „inspektor” z Mińska wykryje, że w komkasie brak od maja paru tysięcy „prywatnie zużytkowanych” złotych, to nie mówi zgryźliwy jegomość, przepędzony z synekurki w Kasie Chorych, to nie mówi snobujący na komsomoła młodzieniec, pewny siebie, bo mający cały swój komunizm ubezpieczony w stu procentach należeniem do hurraprorządowej, bacznośćpaństwowotwórczej organizacji. Przez tego człowieka mówi radość tworzenia rzeczywistego, w które wierzy, tworzenia teraz, już, właśnie, w jego słowach pulsuje świadomość, że mówi ex cathedra35 wielkiej w tym kraju potęgi, groźnej i błogosławionej w nim mocy: Organizacji Robotniczej Palestyny, określanej potocznie dwoma pierwszymi słowami swej nazwy: Histadruth Haowdim.

Na dwieście tysięcy Żydów, jacy zamieszkują Palestynę, robotnikami jest czterdzieści pięć tysięcy. Jedna czwarta ludności tego kraju to ludność robotnicza. Na tych czterdzieści pięć tysięcy — należących do Histadruthu jest trzydzieści siedem. Ale Histadruth to nie tylko związek zawodowy. Histadruth rozbudował się w bardzo ciekawy organizacyjny system, system przypominający ogromnie... amerykańskie metody trustowe. Jak tam jeden trust wykupywał portfele akcyjne mniejszych zakładów i opanowując je de facto pozostawiał im nominalną samodzielność, dbając tylko, by szły w kierunku jego interesu, tak tu Histadruth bądź utworzył uzależnione od siebie, współdziałające organizacje, bądź opanował pokrewne. Obok Histadruthu rozrosła się taka „Tnuwa”, wielka spółdzielnia mleczarsko-drobiowa, która scentralizowała w swym ręku cały handel tymi produktami, podzieliła kraj po prostu administracyjnie na obwody, dystrykty, ze stolicą ogólną w Tel Awiwie. Rozrosła się dziś i na handel zagraniczny, i na takie produkty, jak miód, jarzyny, konfitury itd. Jej obroty w roku 1924 wynosiły dwadzieścia dwa tysiące funtów. Dwa lata temu doszły były do stu czterdziestu siedmiu tysięcy.

W ręku Histadruthu jest dalej Bank Robotniczy z kapitałem stu dziesięciu tysięcy funtów, są organizacje oświatowe i kulturalne, jest Kasa Chorych, jest wydział dla budownictwa robotniczego, jest wielka organizacja sportowa Hapoel, jest — podobno najwięcej nakładu mający (w samym Histadrucie podano mi cyfrę nakładu dziennego na dwanaście tysięcy, w administracji pisma na dziewięć tysięcy) — w każdym razie bardzo poczytny organ prasowy palestyński „Dawar”. W ręku Histadruthu w tej czy innej formie, mniejsza o formę, jest cały szereg instytucji i organizacji, z całą siecią placówek, ze sprawnym aparatem pracowniczym, z dużymi pieniędzmi. Histadruth jest w rzeczy samej potęgą. Muszą się z nim liczyć koloniści prywatni i ciąży bardzo ich pracy. Reguluje po prostu dopływ robotników do danych miejscowości, organizuje strajki z precyzyjnością i bezwzględnością, która łączy się zresztą zawsze z bardzo sprytną spekulacją strajkową: ci ludzie nigdy nie urządzą strajku na „było, nie było”, na „pokażmy, co umiemy”, strajku, który jest skazany na załamanie, bo wywołała go czysto polityczna fantazja panów wodzów. My z pojęciem „strajk” łączymy coś wojowniczego, rewolucyjnego, w pewnym sensie bohaterskiego nawet. Dla tych ludzi jest to zupełnie prozaiczny, praktyczny, techniczny środek. Dziś, gdy jednym z kryzysów, jaki przeżywamy, jest niewątpliwie i kryzys socjalizmu (nie wchodzę oczywiście w to, czy jest przejściowy, czy nastąpił z tych czy innych przyczyn, biorę pod uwagę takie fakty, jak zwycięstwo faszyzmu, jak dziwne korzenie się sponiewieranej socjaldemokracji niemieckiej przed Hitlerem, jak stan rzeczy w Austrii, Polsce, zwrot MacDonalda, krach australijski), socjalizm palestyński może stoi u końca swego zenitu, ale nawet ci, co tak sądzą, nie mogą zaprzeczyć, że umiał bardzo małymi środkami zdobyć sobie bardzo wielkie stanowisko i że z tego stanowiska czynił użytek na rzecz mas robotniczych palestyńskich. Można nie wierzyć w jego formułę rozwiązania kwestii arabskiej, ale nie sposób zaprzeczyć, że jest to formuła w wielkim stylu, że jest rzeczywiście realizowana, że więc partia przejmuje poniekąd zagadnienie, obejmujące swą ważnością już nie klasową, lecz ogólnie narodową sprawę. Na ostatek trzeba przyznać, że w uregulowaniu swego stosunku do bogatych kolonistów wykazuje dużo zrozumienia tych korzyści, jakie kraj ten czerpie z posiadania bogatego rolnictwa. Socjalizm palestyński jest socjalizmem w stu procentach: przeprowadza duże reformy, buduje kraj w całym tego słowa sensie, jest radykalny, tworzy komuny rolne. A jednak... A jednak, gdyby chodziło o odratowanie naszego rolnictwa, nie życzyłbym mu innego rządu, jak inspirującego się socjalizmem palestyńskim.

W godłach organizacji sportowej socjalistycznej widnieje sierp i młot. Nie są to bodaj akcesoria żadnego ze znanych mi sportów. Sierp i młot — wygląda na modę co najmniej z lekka sowiecką. Jednym z gmachów Histadruthu w Tel Awiwie jest „czerwony dom”. I to również nie jest bardzo „prawo”. Sportowcy socjalistyczni nie grają w ogóle z Makkabi, gdyż Makkabi jest klubem burżuazyjnym i oczywiście proletariat nie może mieć z nim żadnych towarzyskich stosunków. Komuny rolne, które powszechnie nazywa się z hebrajska kibucami i kwucami, tu nazywa mój mówiący po rosyjsku socjalista kolektywami. Podkreśla, że dzieci od pierwszego dnia urodzenia oddziela się od matki i przenosi się do osobnego domu, że wychowywane są „kolektywnie”, że należą do kolektywu, nie do rodziców. Podkreśla — wciąż patrząc na mnie, wciąż z taką siłą socjalistycznego wyrazu, wciąż tak jak ksiądz mówiący o wielkim religijnym dogmacie — że w kibucach wszystko jest wspólne — aż do ubrań. Aż do ubrań.

Socjalizm...