Dyskusję rozpoczyna młody chłopak, który dużo notował, a obecnie zaczepia poszczególne punkty dyskusji. Zasadniczo nie różni się od Prajego, jest może bardziej pełen optymizmu. Uważa, że wszelkie faszyzmy mają już bardzo niedługi żywot przed sobą, jest zdania, że jeżeli polski faszyzm nie „poszedł na antysemityzm”, to dlatego, że przede wszystkim Polska jako kraj mało uprzemysłowiony przeżywa kryzys mniej silnie, a dalej, że polski faszyzm robili ludzie, którzy go robili nieco „wbrew sobie”. Inny mówca powtarza właściwie te poglądy. Inny jeszcze zwraca uwagę na bardzo jakoby bliskie niebezpieczeństwo rewizjonizmu.

Ale mnie dużo bardziej niż treść tej, tak wewnętrznożydowskiej, dyskusji interesuje odnoszenie się do niej ludzi kibucu.

Odnoszenie się to było cały czas dość mierne, mimo że — jak podkreślili wszyscy mówcy — niebezpieczeństwo faszyzmu (rewizjonizmu) stoi u bram kraju. W dyskusji zabierano z rzadka głos. Słuchano mało. Dziewczęta i chłopcy powymykali się jedno za drugim na dwór, gdzie tymczasem ciemniała noc. Wielu drzemało.

W chwili, gdy na zakończenie dyskusji zaczął mówić Jari, nastąpiło pewne obudzenie. Najwyraźniej jego osoba wywołała ten odruch. Jari mówił bardzo powoli, zastanawiając się; to, co mówił, streszczono mi najsłabiej. Zdaje się, że zapowiedź zawalenia się faszyzmów przyjmował dość sceptycznie. Wskazywał na to, że robotnicy niemieccy głosują za Hitlerem. Wskazywał na to, że faszyzm ma swoje reformy socjalne, które na swój sposób będzie realizował. Wskazywał na jego siłę. Cytował — nie mogłem dojść z jakiej okazji — Turgieniewa i Tołstoja.

Zdaje się, że nie można mówić o obojętności kibucników Merhawii wobec tych wielkich zagadnień. Natomiast byli to ludzie fizycznie zmęczeni pracą i byli to ludzie, którzy zgadzali się z zasadniczą linią wywodów Prąjego i innych... Przyjmowali jego słowa, jak lud przyjmuje do wiary podawane słowa prawdy z ambony. Praji do pewnego stopnia „pokrywał zapotrzebowanie światopoglądowe” kibucu. Dawał długi, solidny, udokumentowany wykład socjalistyczny, z którego jednak słuchacze przyjmowali tylko najniezbędniejsze, ich zdaniem, ABC.

*

Właściwie z ulgą wszyscy poszli spać. Mnie umieszczono koło domu dzieci, w pokoju z dwoma innymi. Przeszliśmy wielkie podwórze kibucu. Górowało ono nad szeroką doliną pól Emeku. Ciągnęła nimi mgła, dawna malaryczna mgła, i wilgotne ciepło południowej nocy. Daleko przed nami ku wschodowi zniżał się szerokim pasem swych ziem Emek, kraj kolektywów.

I znowu wtedy, jak w Petach Tikwa, opowiedziano mi cichą palestyńską nocą jedną historię tego zdobycia.

Było to po prostu tak:

Największa dolina Palestyny, kwitnąca niegdyś, stała się w czasach rządów tureckich wielkim bagnem. Bagno sięgało aż po Nahalal, niemal po zatokę hajfską. Z wzgórz galilejskich koloniści chaluce patrzyli przez lata w wielką dolinę, o której przecież mówiły Święte Księgi, że była dla ich przodków mlekiem i miodem płynąca.