— A wy — pytam Jonaja — jesteście religijni?
Jonaj uśmiecha się szeroko, pogodnym uśmiechem. A przecież to nie jest ten uśmiech, z jakim na modlącego się żyda patrzył chaluc z „Dacii”. Odpowiada po hebrajsku, że nie. Teraz nie. Niemniej kiedyś, jak się zestarzeje, kto wie...
*
Poznałem nauczycielkę z Polski, która od kilkunastu miesięcy jest tu z małą córeczką. Pokazała mi wszystkie nowoczesne urządzenia dwóch wielkich dziecinnych domów. Nie wiem, czy czułbym się dobrze w czymś takim, to jednak przypomina i szpital, i ochronkę zarazem. Ale bawiące się tam dzieci czuły się dobrze. Było ich zresztą w pokojach mało. Z balkonu widzieliśmy, jak na folwarku na kilkunastu koniach, tylko co odprzężonych od pługów, jeżdżą, podtrzymywane dłonią przez rodziców, paroletnie pociechy. Tu, jak wczoraj w Merhawii, wszystkie dzieci od chwili skończenia pracy w polu bawiły się z rodzicami.
Buchner, jako pedagog, podszedł do paru i w jednym momencie mieliśmy wokoło nas całą bandę dzieciaków. Garnęło się to z dziwną ufnością. Dziwiło, dlaczego nie zostaniemy tu na stałe? Po cośmy więc przyszli?
Jeszcze długo rozmawiałem z nimi i z wychowawcami. Podchodzili rodzice. Oni, wychowawczynie w białych kitlach i ja, polski dziennikarz, byliśmy tak razem nachyleni nad niesforną, ciekawską bandą główek, bandą, dla której wybudowano tu najlepsze domy, dla której oddano to, co kibuc miał najlepszego. Aby chować, aby hodować.
Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie53 i wypadki niemieckie będą już historią, będą tym, czym dla nas są Kroże54, a dla naszych dzieci będzie Radzymin55. Potocznie dzieci urodzone w Palestynie nazywa się tu sabry — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu.
Sabry Ain Charotha, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego getta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić po prostu obok siebie i pokazać ludziom — może by się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania a światem odnalezienia ojczyzny.
Geszer
Tel Josef, secesja sprzed lat z Ain Charothu, swe dwa białe bloki nowoczesnego „dziecińca” wznosząca na wprost tamtego kibucu, Beth Alfa skulona swymi niskimi domami pod masywem gór Gilboa były już za nami w następnych dniach. Koleją dosięgliśmy samego dna rozpadliny, którą Jordan spływa do Morza Martwego. Wpadliśmy w nią parnego, dusznego wieczoru, gdy z daleka huczały turbiny palestyńskiego Dnieprostroju, centrali elektrycznej Rutenberga. Noc spędziliśmy w kwucy Geszer. Istnieje stosunkowo dawno, ale jej domy to baraki, gdzie nocą prócz moskitów dokuczają i mniej egzotyczne insekty, gdzie bieda w tych „tłustych latach” biblijnego kraju nie ograniczyła tylko jednej rzeczy: pożywienia. Ludzie tu tylko tyle, że nie głodują.