W drodze powrotnej do Polski jadący za mną kibucnik opowiedział mi, że w kibucu wszelkie stosunki płciowe nieoparte na miłości są wykluczone. Wiedziałem już o tym, potwierdziło to tylko poprzednie informacje. Żywot kibucowy jest monogamiczny. Nie takie rzadkie są wypadki, że ludzie najzupełniej zdrowi i normalni muszą żyć w pełnej abstynencji dlatego, że to, co określamy brakiem wzajemności, uniemożliwia im obcowanie płciowe. Twierdzenie socjalistów, że tam, gdzie nie ma pieniądza, nie ma i prostytucji, potwierdza się w całej pełni. Dorywcze stosunki płciowe, o charakterze poligamicznym, ustąpiły miejsca monogamii. Poprzedza ją zresztą bodaj z reguły pewnego rodzaju „pożycie próbne”. Słyszę, jak ktoś powie: „małżeństwa koleżeńskie”, tak rozpowszechnione na Zachodzie, gdzie (jak wśród studenterii paryskiej np.) każda koleżanka hibernuje u siebie kolegę, a te „małżeństwa” — to jednak mimo wszystko wielka różnica. Jeżeli tam przekształcenie się podobnego „małżeństwa” w trwały związek należy do wyjątków, i to wyjątków niesłychanie rzadkich, to tu jest regułą. Nawet daleko idącą regułą.
Kibuc, kołchoz i... klasztor
Zwiedzając kolektywy palestyńskie myśli się instynktownie o innych kolektywach, które rozsiały się na przestrzeniach tysiące razy większych od zajmowanych przez Emek Izrael, okolice Tyberiady i Samarię. Myśli się o kołchozach Związku Socjalistycznych Radzieckich Republik. Jakie są różnice, jakie są podobieństwa tych dwóch typów kolektywów świata, w tym samym niemal czasie, na gruncie tej samej idei marksizmu, ale w tak różnych warunkach założonych?
Kołchozy powstały i istnieją przymusem, kibuce wolną wolą swych członków — oto jest różnica, jaką sobie uświadamiają socjaliści palestyńscy.
Byłaby to zarazem ogromna różnica — i bardzo mała. Ogromna — bo forma utrzymywana jedynie siłą jest sztuczna, bo wszystkie jej oficjalne wyniki musimy kłaść tylko na karb bagnetów, które za nią stoją. Mała — bo ostatecznie, gdyby dziś odkryto, że piramidy zbudowali Egipcjanie samorzutnie, a nie pod najstraszliwszym terrorem, to piramidy pozostałyby niemniej piramidami i odkrycie to dla nas nie znaczyłoby nic. Jest jednak inna różnica.
Życie kibucowe przyjęło socjalistyczny schemat, ale w tym schemacie porobiło wstawki, na które prawowierny marksista odwróci się ze zgrozą. W Rosji kołchozy zamieniały cerkwie wiejskie na stołówki, Ain Charoth, wzór kibuców, wybudował dom modlitwy. W Rosji prawowierny komunista z religią walczy, w kibucach co najwyżej w nią nie wierzy. Miałem sposobność przekonania się, że odpowiedź takiego Jonaja nie była bynajmniej wyjątkiem: ludzie, którzy dziś nie wierzą, czy raczej zapytani o religię odpowiadają, że „tym się nie zajmują”, nie zarzekają się wcale przedtem, czy kiedyś wierzyć nie będą. Jeżeli chodzi o stosunek do religii, a zwracałem nań wiele uwagi, to nie uważam go za lepszy ani gorszy od stosunku do niej gdzie indziej. Inna rzecz, czy uważam ten stosunek w naszym społeczeństwie katolickim za niepozostawiający nic do życzenia. Natomiast jeśli mnie ktoś spyta o moralność społeczeństw kibuców a społeczeństw naszego ustroju, to bez wahania uważam ją za bliższą ideałom, które my sobie stawiamy. — Jakiż to kolektyw, jakaż to komuna — mogą wykrzyknąć bolszewicy — gdy wznosi domy modlitwy i ani jej w głowie piatiletka bezbożnictwa?!
W tym jaskrawym przykładzie nie leży, jak nie leży w wyłączeniu momentu przymusu, zasadnicza różnica między komunami Rosji sowieckiej a komunami Palestyny syjonistycznej. Tkwi ona w czym innym: socjalizm w Palestynie kibuców — to formuła gospodarczej struktury nowego społeczeństwa. To i tylko to. W Rosji sowieckiej substytuowano socjalizm nie tylko caratowi i własności prywatnej, ale substytuowano go wszystkim innym ideom, ideom narodowym, idei religijnej. Palestyna socjalistyczna substytuowała po prostu socjalizm kapitalizmowi. Oto wszystko.
Nie trzeba być rozczytanym w doktrynach ekonomicznych, by zrozumieć całą ciężarność konsekwencji, wypływających z tej tak jasnej, tak prostej i nieskomplikowanej różnicy. Wskazania socjalizmu pojmowane jako normy o charakterze gospodarczym tylko, mające na celu wyłącznie lepsze urządzenie życia, były oczywiście z samego swego założenia przepisami, których zmiana nie zależała od niczego innego, jak od prostej zmiany poglądów owych ludzi na tę czy tamtą sprawę. Ale socjalizm substytuowany takim ideom, jak religia — ten socjalizm to już było coś innego. Jak sobory i kościoły zamieniono na domy klubowe, tak samo najmniejszy przepis doktryny Marksa zajmował miejsce strąconego z dawnych piedestałów religijnego dogmatu. Rozwiązanie kwestii takiego czy innego wychowania dzieci dokonywało się w Palestynie pod kątem widzenia miejscowych widzimisię, miejscowych rozumień. W Rosji jedynym kątem patrzenia na te rzeczy było, czy dane rozwiązanie odpowiada teorii marksizmu, czy nie. Te same zmiany dokonane tu były po prostu wariantami, te same zmiany dokonane tam muszą być herezją, muszą wołać o karę jak za zdradę stanu. Europejczyk, który się nie myje, jest tylko człowiekiem brudnym; ale Arab, któremu ablucje przepisała religia, będzie w podobnym wypadku bezbożny.
Dlatego też w Palestynie, mówiąc o jej „socjalistycznej części”, podkreśla się, że w tych a tych warunkach, do tych a tych zadań kolonizacja dokonywana kolektywnie była lepszym narzędziem pracy narodowej, zapewniała skuteczniejszy postęp. Jedni i ci sami ludzie powiedzą: ustrój kapitalistyczny dał nam Tel Awiw, ustrój kolektywny dał nam Emek. Cóż to oznacza? Po prostu socjalizm stał się narzędziem, jednym z narzędzi w ręku ruchu narodowego. Stał się czymś takim jak traktor, jak inkubator. Umyślnie używam tych gospodarczych porównań, bo one najlepiej odzwierciedlają rolę socjalizmu w Palestynie. Przenigdy nie chcę powiedzieć, by rola ta była mała; to, co pisałem chociażby o Emeku, to, co pisałem o akcji budowniczej Histadruthu realizującego hasło „robotnikowi — własny dom”, zgniotłoby wszystko, co bym teraz napisał. Nie. Tylko socjalizm wszedł na pole, gdzie mógł dokonać rzeczy większych niż gdziekolwiek indziej.
„Kolektyw palestyński nie oparł się na przymusie”. W całej Palestynie nie ma ani jednego człowieka, który by należał do kibucu wbrew swej woli. Ludzie przychodzili dobrowolnie, odchodzili dobrowolnie. Odchodziła ich masa. Jest [to] fakt zasługujący na podkreślenie. Jest to fakt, z którego dobrze sobie zdają sprawę ludzie kibuców. Mówią oni zawsze: „Życie w kibucu łatwe nie jest”. Cóż potrzeba? Potrzeba dwóch rzeczy: silnej idei syjonistycznej i silnej idei socjalistycznej. Niektórzy dodają już: i predyspozycji duchowej do życia zbiorowego. Nie wszyscy to mają, nie wszyscy to mogą. Przez każdy kibuc przesunęło się ogromnie dużo ludzi. Tak dużo — jak przez nowicjat zakonny.