— No, a ile przedtem bywało tak straganów żydowskich w dniu targu?

— Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt.

— Osiemdziesiąt — podkreśla za każdym razem mecenas. — No, a gdy już był bojkot, tak przed dziewiątym marca i dziewiątego marca rano, przed rozruchami, ile było straganów żydowskich?

— Żydowskich — mówi Żyd — mogło być osiem, dziesięć.

— Osiem, dziesięć — powtarza Kowalski. — No, a chłopskich ile?

— Sześćdziesiąt — mówi Żyd.

— Sześćdziesiąt — upewnia się Kowalski. — No, a dawniej bywały chłopskie stargany?

— Nie bywało — odpowiada Żyd.

— Nie bywało, więc przedtem nie bywało chłopskich straganów — powtarza sam do siebie mecenas. — A teraz po bojkocie są.

I taka rozmowa, nic niemająca wspólnego z procesową stroną sprawy, stanowi leitmotiv65, oprzędzany przez obronę chłopów dookoła każdego świadka. Taktyka obrońców polega na dwóch rzeczach: z jednej strony broni każdego z oskarżonych przed zarzutami gwałtu i terroru, z drugiej — podnosi gospodarcze powodzenie akcji bojkotowej, która po upływie kilku tygodni postawiła tłum żydowski przed widmem wygłodzenia i nędzy. Nie wiemy, czy ta akcja ulżyła niedoli wsi polskiej, nie wiemy, czy posiadała ona charakter trwały, czy zakorzeniała chłopa w miasteczku i przeprowadzała go istotnie od pługa do stragana, jednak jest oczywiste i pewne, że akcja ta niszczyła, rujnowała ekonomicznie parę tysięcy Żydów zamieszkałych w Przytyku. Trzeba tam być. Jest to miasteczko w 90 procentach żydowskie i jest to chyba jedno z najnędzniejszych miasteczek, jakie po długich wędrówkach po nędzarskich kresach udało mi się widzieć. W „wojnie przytyckiej”, w pogromie, w „poruchu”, który tu się odbył, brały udział dwie strony narodów. Ktoś, co tu przyjedzie, będzie się dziwił, czego szukać mogli chłopi w żydowskim Przytyku, czego zazdrościli ludziom z tych wykrzywionych lepianek. I nie tylko temu będzie się ten ktoś obcy, do dna spraw tych nieznający, dziwił.