Natomiast udało się ustalić następujące rzeczy. Przede wszystkim przyjdzie skrócić znacznie cyfrę ludności lepiącej garnki, a podanej zarówno przez p. Skierskiego, jak też — o co nie mamy żalu — przez p. Kuszelewską. Po pierwsze bowiem, wyrób garnków jest skoncentrowany w samym Horodnie, nie w „okolicznych wsiach”. Jedynie kilka bardzo dalekich już chutorów, ponad 10 km, zajmuje się we własnym zakresie lepieniem i sprzedażą garnków, i to niezależnie od żydowskich polewaczy czy sprzedawców rodem z Horodna. W tych warunkach nic dziwnego, że liczba zajmujących się tą pracą, a więc wyzyskiwanych, nie wynosi 4000, ale o jedno małe zero mniej, 400, jak o tym powiadomili niniejsze badającego zarówno kierownik niedoszłej spółdzielni, jak i miejscowy posterunek policji. Oczywiście proporcja 18 do 400 — bo cyfra 18 polewaczy była jednak prawdziwa — jest proporcją innego rodzaju niż 18 : 4000.

Są pewne nieścisłości, zarówno dogodne, jak niedogodne dla tez p. Skierskiego. Dogodną będzie najpierw ta, że garnek palony, ale nie polewany można dostać nie za sześć, ale za trzy grosze. Niedogodną, że garnek po polewaniu dokonywanym przez Żydów kosztuje 10 i 20 groszy, i że za tę cenę nabywa się go już nie tylko hurtownie, ale i detalicznie w samym Horodnie. Być może zresztą, że o cenie garnka dowiedział się p. Skierski w Stolinie, ale wtedy trzeba w to wkalkulować cenę przewozu, która przecież istnieje, zarobek kupca, który powietrzem nie żyje, co last not least175 cenę garnka podraża. Są to wszystko jednak rzeczy pomniejsze, wspomniane tu jedynie dla manii kolekcjonowania nieścisłości. Natomiast jest jeszcze inna interesująca okoliczność. Oto że kilkunastu chłopów, wypalaczy garnków, trudni się we własnym zakresie ich polewaniem, unikając więc w ten sposób pośrednictwa żydowskiego. Bardzo piękne polewy ma pod tym względem mieszkaniec Horodna Mikołaj Wieczorek, zwany popularnie Zającem. Istnieje więc, jak widzimy, gruba szpara, przez którą można uciec przed wyzyskiem żydowskim. Nie należy jednak sądzić, że polewanie jest zwykłą formalnością. Jest to rzecz trudna, a w warunkach poleskich jeszcze i kosztowna, wymaga osobnego pieca, materiałów służących do polewania, wprawy. Toteż jest rzeczą charakterystyczną, że Białorusini posiadający własne polewalnie zadowalają się polewaniem własnych wyrobów, nie starają się ogarnąć szerszego rynku. Najwidoczniej praca ta tak bardzo opłacalna nie jest, a koszt garnka jest raczej podrożony kosztami wywozu i przewozu niż kosztem polewania. Pamiętać należy, że czterystu ludzi siedzących w jednym miejscu lepi garnki, że na Polesiu zaludnienie jest nikłe, drogi złe, że więc przy takiej konkurencji wspaniałych widoków rozwoju ten przemysł z pewnością nie ma.

Sprawa bankructwa spółdzielni przedstawia się w tych warunkach w sposób, który mógł raczej skłonić inicjatora, powiatowy sejmik stoliński, do nierozgłaszania swojej wątpliwej chluby przez megafony radiowe. W osadzie, gdzie było już kilkanaście pieców, gdzie cena glinianego garnka (ukręcanego z gliny w ciągu mniej niż 10 minut) na skutek polewania wzrastała o kilka groszy (zarobek sprzedawcy — osobno!), postanowiono wybudować nowy, wielki piec, ogrzewający garnki w specjalnie precyzyjny sposób, by wyeliminować owych kilka groszy od garnka, zarobek kilkunastu istniejących idących warsztatów, sposób zarobkowania i wyżywienia ich rodzin, zapewne jednej piątej, może i więcej ogółu mieszkańców i tak nędznego miasteczka. Wedle wskazań fachowca z Warszawy wybudowano cały zakład, łożąc na to 15 tysięcy. Są od tego większe inwestycje w Polsce, ale w najdalszej okolicy Horodna ich nie ma. Inwestycja była oparta na pewności, że chłopi przystąpią do spółdzielni, ale chłopi przystąpić do niej nie chcieli, przyrzeczenia udziałów powycofywali. Kierownik spółdzielni, naturalnie zawiedziony, jest zdania, że Żydzi przestrzegali ich, że upadek spółdzielni pociągnie dla nich konieczność pokrywania kosztów, odpowiedzialność do wysokości wkładów. Chłopi nie chcieli ponosić odpowiedzialności za 15 tysięcy złotych. Ostatecznie wieś miała wiele przykładów bankructwa spółdzielni. Być może, że słuszniejszym byłoby postępowanie w odwrotnym porządku: żeby najpierw chłopi chcieli spółdzielni, potem sejmik wsparł tę akcję. Zjechawszy o paręset kilometrów bardziej na wschód Polski, można odnaleźć kraj, gdzie nieraz chłopi chcieli spółdzielni, ale starostwo ją zamykało. Trzeba, żeby starostwa ustaliły swój stosunek do spółdzielczości.

Tuż pod Horodnem jest mały majątek. Jego właściciel chciał ze swej gliny produkować dachówki. „Kirpicza” jednak się nie powiodła. Wbrew przestrogom ludzi tutejszych wybudowano piec, w którym dachówki, zrobione z gliny o dużej przymieszce szkła, gięły się w rogach. Fabryka postępowej „kirpiczy” się nie powiodła, piec stoi, dawne piece dymią. Być może, że coś podobnego było i z piecem sejmikowym, bo znowuż nie Żydzi, ale miejscowi polewacze prawosławni drwią z jego inicjatorów, twierdząc, że łamały się w nim garnki dane do polewania. Nie zdziwiłbym się jednak, by osiemnaście pieców żydowskich i kilkanaście prywatnych białoruskich broniło się przed konkurencją i miało łatwą obronę, skoro zarobek na garnku wskutek polewania nie zwiększał się jak 6 do 25. Stwarzało to między innymi bardzo nikłe możliwości opłacalności tych piętnastu tysięcy złotych.

Wszystko to więc stoi, z miejsca się nie rusza. Żydzi skarżą się na utrudnienia w nabywaniu roli, w fabrykacji garnków, skarżą się, że w ślad za nieudaną gospodarczą działalnością sejmiku idzie skuteczniejsza działalność karnetu176 z grzywnami. Szkoda, że przychodząc z pomocą Horodnu, nie pomyślano raczej o tym, jak wywołać zainteresowanie jego wyrobami z gliny, uszlachetnić je, zakupywać dla bazarów ludowych w miastach, wobec nikłego, z powodu konkurencji, odległości od dróg, skąpości zaludnienia Polesia, zainteresowania garnkiem jako naczyniem użytkowym stworzyć z niego przedmiot sztuki ludowej, tani a zdobniczy. Targi Poleskie, na których niestety nie było garnków horodeńskich, nadawały się do tego znakomicie. Sejmik stoliński mógł poszukać rynków zbytu dla Horodna, mógł je znaleźć. Wolał pójść na teren kosztowniejszy, źle obliczony w możliwościach, przegrał. P. Skierski woła o wstrząsającym wyzysku żydowskim. P. Kuszelewska otwiera wrota Palestyny. Zdaje się, że jeśli wnioski tych państwa były oparte jedynie na Horodnie, to należy, po stwierdzeniu zbyt wielu nieścisłości ich relacji, niezgodnego z rzeczywistością przedstawienia zasadniczych dla sprawy momentów (4000 zamiast 400, wyłączność polewalni żydowskich, gdy są i nieżydowskie, połączenie w jedno zarobku hurtownika i polewacza, podniesienie ceny garnka w Horodnie, względnie zacytowanie jako tej ceny garnka w Stolinie odległym o 20 km), powództwo umorzyć, wnioski oskarżenia uchylić, a koszta sądowe, w postaci specjalnej jazdy na miejsce dostarczyciela niniejszych danych, rozłożyć proporcjonalnie na Polskie Radio i „Gazetę Polską”. Czy zaś przeciwko sejmikowi stolińskiemu nie należy wytoczyć powództwa o złe gospodarzenie mieniem publicznym i wadliwe przystępowanie do polepszenia bytu ludności, to już inna sprawa. W każdym razie należy mu raczej doradzić pracę nad wyszukaniem nabywców na garnki, samemu nie polewać. Urzędnicy co prawda nie święci, ale garnków lepić, jak się okazuje, nie potrafią.

O wóz i o konia

Chcecie wiedzieć, jak to wygląda? Więc najpierw jest długa, gnąca się przez wzgórza dolina, z zielonomętną Sołą płynącą jej dnem, z domami stojącymi — jakże niemądrze! — blisko wody, z lasami przerzucanymi przez zbocza górskie, z dalekimi łysinami połonin177. Rzeka przelewa się z szumem po kamieniach, aż naraz skręca w bok w jakieś kanały czy śluzy, a tymczasem tam, gdzie było jej główne koryto, wyrosły olbrzymie szare bloki. Bloki są ujęte w drewniane szalowania, ale już teraz można poznać, że odpadną one z nich deska po desce. Jeśli podejdzie się bliżej, widać, że dwa mury cementowe wparto tu w dwa zbocza górskie, że między każdym z tych bloków wolna jeszcze przestrzeń zasklepia się coraz bardziej, że rosną mury, które zabudują pozostawione tu dotąd przełęcze. Chcecie wiedzieć, jak to się robi? Więc co pół minuty zjeżdżają po kolejce linowej wagoniki z masą betonu, wielki stalowy żuraw spuszcza pęki desek i belek, a robotnicy rzucają się na to, rozprowadzają, unoszą. Z ulepionych już z betonu ścian sterczą gęsto stalowe pręty. To kości, wokoło których narośnie nowy mięsień betonu. Beton, który już zasycha, zlewa się wciąż wodą, żeby pozostał jeszcze nie stwardniały, żeby nowe nakładane warstwy spoiły się ze starymi, pogrubiły i podwyższyły to, co już jest. W ten sposób powstaje olbrzymi mur, biegnący linią prostą poprzez koryto Soły.

Chcecie jeszcze wiedzieć, skąd dźwiga się ta ogromna szara masa, ten monolit betonu? O dwieście metrów stąd kopie się w łożysku Soły żwir, szuter, kamienie. Wszystko razem wędruje przez skomplikowany, a prosty system walców, sit obrotowych i pasów transmisyjnych, podający sobie ten materiał coraz wyżej i coraz dalej. Wchłania go prawdziwy młyn, wielki gmach drewniany na pięć pięter. Kamienie idą coraz wyżej, a jednocześnie stają się coraz mniejsze, wreszcie dochodzą na najwyższe piętro zglajchszaltowane178 na miał kamienny. Cała budowa drży od tego przemiału kilkunastu żaren. Tu na górze dokonywa się przemieszanie z worami cementu i strugami wody. Zależnie od potrzeby twardości i zwartości miesza się główne składniki betonu. Kamienne ciasto wędruje stąd na zaporę, osiada na stalowych prętach, krzepnie wreszcie w twarde bloki, dość mocne, aby ich nie wzruszył ogromny napór wód, które spiętrzy przyszła zapora. W powietrzu nieustanny zgrzyt wagoników, spuszcza się i podnosi żuraw, łomocą młoty, trzeszczą miażdżone kamienie. Huk i pył unoszą się nad całym dnem Soły, przekopanym, rozciętym olbrzymią ścianą, która tu rośnie coraz szybciej. U stóp wielkiego bloku można przejść swobodnie przez otwory przyszłych turbin wodnych. Ze szczytu zapory widać daleko dolinę. Można już dziś odgadnąć rozmiary przyszłego jeziora. Aż do siedmiu kilometrów stąd spiętrzy się Soła na wysokość 22 m, zaleje te domy przed nami, tamte wsie, pola, ogrody, sady, drogi. Tę nową szosę budowano umyślnie tak wysoko, wrzynając ją w las i zbocza, żeby nie podmyła jej woda. Ludzie będą musieli stąd odejść, nawet już odchodzą.

Tak wygląda dziś jedna dolina podgórska, na Śląsku Cieszyńskim, za Żywcem. Zapora w Porąbce będzie gotowa już tej jesieni. Wody Soły zaleją to wszystko za mniej niż rok. O sto kilometrów bardziej na wschód, w głębi innej doliny, pod Sączem, w Rożnowie, buduje się drugą zaporę, trzykrotnie większą od porąbskiej. To samo, tylko na większą skalę i tylko o kilka lat wcześniejsze w etapach pracy. Więc rzeka — tu jest to szeroki i bogaty w wodę Dunajec — płynie dalej swym korytem, tylko że obok tego koryta drąży się już w skale i iłach olbrzymi wykop fundamentów. Później przeciągnie się je przez rzekę. Dynamit rozsadza wybuchami co twardsze partie, świdry i oskardy, poruszane sprężonym powietrzem, rozłupują głaz, armia robotników ziemnych ładuje to na wozy i wywozi. Wykop pogłębia się i rozszerza: przekroczył już 20 m głębokości. Na zboczach przedzielonych rzeką dwie świeże blizny wskazują w gęstwie lasu miejsca, na których oprze się każdy z krańców tamy. Biec ona będzie przez odległość przeszło pół kilometra. W Porąbce cały tabor wagoników zwoził beton i żwir. Tu jeszcze większy tabor kolejowy i konny wywozi masy iłu i ziemi. O lesiste masywy wzgórz obija się echo dynamitowych wybuchów. Nad Sołą i nad Dunajcem rysuje się kontrast cichych górskich dolin i pracy, zagęszczonej tu tłumem ludzkim, masą maszyn, wielkością zmian.

Przybór wód na Sole to była od lat nieuchronna zapowiedź powodzi w Krakowskiem. Przybór wód Dunajca groził dalekiej Warszawie. Ostatnia powódź kosztowała kraj przeszło osiem milionów. Te dwa „baraże”179 na dwóch górskich rzekach oznaczają regulację wód. O stanie wody na Sole czy Dunajcu, a więc o jej stanie na Wiśle, przestanie decydować przypadek zmiennej pogody, a będą decydowali kierownicy dwóch wielkich elektrowni w Rożnowie i Porąbce. Masa energii wodnej, która spływa powodzią, zatrzyma się wtedy, osiądzie oparta na betonowych masywach, odpływać będzie w miarę potrzeb, unormowanym dokładnie nurtem. Jej energia poruszać będzie wdrążone w mur zapór olbrzymie turbiny, turbiny poruszą elektryczne generatory tej siły, jakiej jeszcze nie ma w Polsce. Dwie sieci prądu o wysokim napięciu pójdą z doliny za Żywcem i za Sączem. Nie będzie to zwykły prąd: wody Soły spiętrzą na kilkanaście metrów, zaleją nimi bogatą dolinę, wypędzą z niej ludzi po to, aby jednocześnie w licznikach kilkuset tysięcy mieszkań, na całym polskim Śląsku spadły ceny miesięcznego rachunku płaconego elektrowniom, aby wydatek na światło w kilkuset tysiącach domowych budżetów najbardziej przemysłowej i robotniczej części Polski spadł do poziomu wydatku na zapałki. Wody Soły spiętrzone będą jeszcze i po to, żeby wszędzie, od Żywca począwszy, po najmniejszych górskich wsiach elektryczna żarówka wyparła lampę naftową, jak niegdyś lampa naftowa wyparła łojówkę180, łojówka — łuczywo.