Na to odpowiedzieli Hellenowie przez usta Kleanora Orchomeńczyka:
„O najgorszy z ludzi, Ariajosie, i wy inni, byli przyjaciele Cyrusa! Czyż nie wstyd wam ani bogów, ani ludzi? Przysięgliście uważać za przyjaciół i wrogów tych samych ludzi, a tymczasem zdradziliście nas razem z Tissafernesem, człowiekiem najbezbożniejszym i najpodlejszym w święcie. I teraz tych samych ludzi, którym przysięgaliście, na zgubę skazawszy i zdradziwszy nas wszystkich, przychodzicie jeszcze do nas z wrogami?”
Ariajos odpowiedział: „Klearchowi wykazano, że już przedtem czyhał na zgubę Tissafernesa, Orontasa i nas wszystkich razem z nimi”. Na te słowa rzekł Ksenofont: „A więc Klearch, jeżeli wbrew przysiędze złamał umowę, poniósł karę. Słuszne jest bowiem, ażeby krzywoprzysięzcy ginęli. Ponieważ jednak Proksenos i Menon są waszymi dobroczyńcami, a naszymi wodzami, to odeślijcie ich tutaj. Albowiem jest rzeczą oczywistą, że będąc naszymi i waszymi przyjaciółmi, będą starali się radzić jak najlepiej dla was i dla nas”.
Na to barbarzyńcy nic nie odpowiedzieli i po długiej rozmowie między sobą odeszli.
6. Tak pojmani wodzowie zostali zaprowadzeni do króla214 i dawszy głowy pod miecz, zginęli. Jeden z nich, Klearch, jak to wszyscy, którzy go bliżej znali, zgodnie twierdzą, miał sławę męża nie tylko w sztuce wojskowej biegłego, lecz także rozmiłowanego w wojnie do najwyższego stopnia. Bo też istotnie, dopóki Lacedemończycy prowadzili wojnę z Ateńczykami215, trwał przy swoich, gdy zaś nastał pokój, przekonawszy swój rząd, że Trakowie wyrządzają krzywdę Hellenom, uzyskał od eforów216 po najusilniejszych staraniach, że wysyłają go i powierzają mu wyprawę na Traków, mieszkających powyżej Chersonezu i Perintu217. Kiedy już był w drodze, eforowie, odmieniwszy z jakichś powodów swe postanowienie, usiłowali nakłonić go do powrotu z Istmu218. Lecz Klearch wtedy nie okazał posłuszeństwa, tylko popłynął dalej do Hellespontu. Dlatego też za nieposłuszeństwo został skazany na śmierć przez zwierzchność w Sparcie219. Już jako banita udaje się do Cyrusa, a jakimi słowami pozyskał dla ciebie jego względy, o tym była mowa gdzie indziej220. Cyrus daje mu wtedy dziesięć tysięcy darejków, a on, wziąwszy je, nie obrócił ich na lekkie rozrywki, lecz zebrawszy za te pieniądze wojsko, wojował zwycięsko z Trakami i od tego czasu rabował ich mienie. Uprowadzał ludzi i bydło, i żył tym trybem, dopóki Cyrus nie potrzebował wojska. Wtedy odszedł, aby razem z nim znowu wojnę prowadzić.
Takie postępowanie wskazuje, moim zdaniem, ducha bardzo oddanego wojnie. Przecież mógł bez uszczerbku dla honoru i majątku zażywać spokoju, a wolał wojnę; przecież mógł lekko czas spędzać na rozrywce, a znosił trudy i mozoły, byle mieć wojnę. Przecież mógł posiąść na własność wielką sumę pieniędzy bez żadnego niebezpieczeństwa, a wolał uszczuplać ją, wojując. Z taką ochotą czynił wydatki na wojsko, jak ktoś inny na miłostki czy jakieś inne rozkosze. Tak bardzo był rozmiłowany w wojnie. Biegłym zaś w sztuce wojskowej wydawał się dlatego, że lubił niebezpieczeństwo i dniem i nocą ruszał na wroga, a w ciężkim położeniu, jak to każdorazowi jego towarzysze zgodnie poświadczają, okazywał jak największą przytomność umysłu. Nadawał się więc, mówili, na wodza, jak tylko taki człowiek nadawać się może. Umiał jak mało kto troszczyć się o to, aby wojsko miało żywność, umiał o nią się wystarać, umiał też wpoić w swe otoczenie, że Klearchowi niepodobna być nieposłusznym. Osiągał zaś to surowością, bo i posępnego był oblicza, i miał przykry głos, a karał ostro, i to niekiedy w gniewie, tak że nieraz potem sam żałował. Karał też i z trzeźwą rozwagą: mniemał bowiem, że wojsko nietrzymane w karności nie przydaje się na nic. A także wyrażał się podobno, że żołnierz musi bardziej bać się swego wodza niż nieprzyjaciół, jeżeli ma czy to straż pełnić, czy to oszczędzać mienie przyjaciół, czy to bez ociągania się iść na wroga.
Zwłaszcza w niebezpieczeństwie żołnierze byli bardzo gotowi go słuchać i nie pragnęli innego wodza, gdyż wtedy, powiadali, w porównaniu z innymi jego ponure oblicze wygląda jak pogodne, a jego surowość nie jest niczym więcej, jak zawziętością na nieprzyjaciół, tak iż uchodziła za zbawienną, a nie przykrą. Ilekroć jednak niebezpieczeństwo minęło i nadarzała się sposobność przejść pod innego wodza, opuszczało go wielu. Nie miał bowiem w sobie nic ujmującego, zawsze był surowy i ostry, toteż żołnierze odnosili się do niego, jak chłopcy do nauczyciela. Nigdy żołnierze nie szli za nim z miłości i przywiązania, tych wszelako, których mu państwo przydzieliło albo niedostatek lub jakaś inna konieczność zniewoliła do służby pod nim, przyuczył do jak największego posłuszeństwa. Ilekroć zaczęli pod nim zwyciężać nieprzyjaciół, to już posiadał główne warunki, które składały się na to, by z jego ludzi stworzyć dzielnych żołnierzy: gdyż mieli pewność siebie wobec nieprzyjaciela, a obawa przed karą utrzymywała ich w porządku. Takim więc był on wodzem. Wcale jednak, jak powiadano, nie był skory do słuchania innych. Kiedy umierał, miał około pięćdziesięciu lat.
Proksenos zaś z Beocji już od dzieciństwa pragnął stać się mężem zdatnym do wielkich czynów. Toteż dlatego opłacał naukę u Gorgiasa z Leontinoj221. Gdy tę naukę u niego ukończył, uważał się już za zdatnego nie tylko do piastowania władzy, lecz także do przyjaźni z największymi znakomitościami, w którym to stosunku nie on byłby tą stroną, co więcej bierze, niż daje. Z takiego wychodząc założenia, przyjął udział w znanym przedsięwzięciu Cyrusa, spodziewając się po nim wielkiego rozgłosu, wielkiego znaczenia i mnogich bogactw. Mimo tego gorącego pragnienia było widoczne, że drogą nieprawą nie chce niczego z tych rzeczy zyskać; o ile się coś nie da zyskać sprawiedliwie i zaszczytnie, to w takim razie nic z tego. Potrafił dowodzić dobrymi pod każdym względem ludźmi, jednak w swoich żołnierzy nie umiał wpoić w dostatecznej mierze szacunku ani obawy, a nawet bardziej był skrępowany przed swymi żołnierzami, aniżeli podwładni przed nim. Było też rzeczą widoczną, że bardziej lękał się budzić niechęć żołnierzy karaniem, aniżeli żołnierze martwić go nieposłuszeństwem. Mniemał zaś, że aby być wodzem, wystarcza chwalić dzielnego, nie chwalić zaś dopuszczającego się wykroczeń. Dlatego też szlachetni i dobrzy spomiędzy jego ludzi byli mu życzliwi, niegodziwi zaś starali się go podejść i wykręcać się od obowiązków, przekonani, że to z nim łatwa sprawa. Liczył zaś w chwili śmierci trzydzieści lat.
Tesalczyk Menon znowu wcale z tym się nie krył, że pragnie być bardzo bogaty. Pragnął władzy, aby więcej brać, pragnął zaszczytów, ażeby więcej zyskać. Chciał też być zaprzyjaźniony z najmożniejszymi, aby za występki nie być karanym. Uważał zaś, że najkrótsza droga do spełnienia jego pragnień prowadzi przez krzywoprzysięstwo, kłamstwo i oszustwo, a szczerość i prawda uchodziły w jego oczach za jedno z głupotą. Oczywiście nikogo nie kochał, jeżeli zaś udawał, że jest czyimś przyjacielem, przeciwko temu na pewno knuł coś złego. Żadnego nieprzyjaciela nie wyśmiewał, ze wszystkich jednak ze swego otoczenia natrząsał się zawsze w rozmowie. Nie czyhał też na mienie nieprzyjaciół. Uważał bowiem za rzecz trudną wziąć coś od tych, którzy się mają na baczności. Tylko majątek przyjaciół, jako niestrzeżony, uważał za rzecz najłatwiejszą do przywłaszczenia sobie i sądził, że on jeden jedyny zdobył się na takie odkrycie.
Wszystkich tych, o których wiarołomstwie i niegodziwości się przekonał, obawiał się jako dobrze uzbrojonych, z pobożnymi zaś i mówiącymi prawdę usiłował obchodzić się jak z tchórzami. Podobnie jak niejeden chlubi się pobożnością, prawdą i sprawiedliwością, tak Menon szczycił się tym, że potrafi oszukiwać, snuć kłamstwa, naigrawać się z przyjaciół. Zawsze takiego, który nie był zdolny do wszystkiego, uważał za prostaka. Jeżeli chciał zająć u kogoś pierwsze miejsce w przyjaźni, sądził, że należy je posiąść przez oczernianie tych, co już u nich pierwsze miejsce zajęli. Posłuszeństwo u żołnierzy usiłował sobie zyskać za pomocą takiej sztuki, że razem z nimi popełniał bezprawia. Żądał, by mu okazywano cześć i wyświadczano przysługi, dając do poznania, że ma możność i wolę szkodzenia w jak najwyższym stopniu. Ilekroć ktoś od niego odszedł, z tonem wyrzutu wspominał swoje dobrodziejstwa wobec niego, gdyż mając z nim do czynienia, nie zniszczył go.