„Otóż ja jestem gotów — rzekł Ksenofont — zaraz po wieczerzy pójść z żołnierzami tylnej straży, żeby zająć górę. Mam nawet przewodników, gdyż moi gimneci, urządziwszy zasadzkę, schwytali kilku złodziejaszków, którzy szli za nami. Dowiaduję się od nich, że góra nie jest niedostępna, lecz przeciwnie, pasą się na niej kozy i krowy. Więc jeśli się już zajmiemy jakąś część góry, przejść będą mogły także i nasze juczne zwierzęta. Spodziewam się, że i nieprzyjaciele nie będą chcieli zajmować nadal swego stanowiska, kiedy nas ujrzą na szczytach na tej samej wysokości. Bo i teraz nie chcą zejść na równy poziom z nami”.

Na to odezwał się Chejrisofos: „A cóż to za potrzeba zmusza cię do porzucenia swego stanowiska w tylnej straży? Poślij innych, o ile się nie zgłosi jakiś dzielny ochotnik”.

Więc poszedł z hoplitami Metydriończyk Aristonimos, a z gimnetami Aristeas z Chios i Ojtajczyk298 Nikomachos. Umówiono się, że po zajęciu szczytów rozpalą liczne ogniska. Tak ułożywszy wszystko, zabrali się do rannego posiłku, a natychmiast po śniadaniu Chejrisofos poprowadził wojsko na jakieś dziesięć staj bliżej nieprzyjaciół, by dać im prawdopodobniejszy pozór, że tędy poprowadzi atak.

Po wieczerzy, skoro noc zapadła, ochotnicy odeszli spełnić swe zadanie i zajęli górę, reszta zaś wojska pozostawała na miejscu. Nieprzyjaciele, zauważywszy zajęcie góry, nie spali całą noc, tylko palili liczne ognie. Ze świtem Chejrisofos złożył ofiary, a potem poprowadził wojsko drogą, a ci, którzy zajęli górę, poszli ku szczytom. Nieprzyjaciele rozdzielili się: większość została na przełęczy, a część szła na spotkanie tamtych na szczytach. Zanim się starły główne siły obu wojsk, nastąpiła walka wręcz na górskich grzbietach, Hellenowie zwyciężyli i ścigali pobitych. Wtedy peltaści z równiny rzucili się biegiem na zastępy przeciwników, a Chejrisofos z hoplitami postępował śpiesznym krokiem za nimi. Nieprzyjaciele strzegący drogi, widząc klęskę swoich na górze, podali tyły. Tylko niewielu z nich zginęło, ale zdobyto wielką ilość plecionych tarcz. Hellenowie niszczyli je, rąbiąc szablami299. Po osiągnięciu celu, złożyli ofiary i ustawili pomnik zwycięstwa. Następnie zeszli na dół, do wiosek opływających we wszelkie dostatki.

7. Z tych wsi ruszyli do kraju Taochów, zrobiwszy w pięciu dniach trzydzieści parasangów. I zabrakło im zapasów żywności, Taochowie bowiem zamieszkiwali warowne miejsca, w których mieli nagromadzone wszelkie zapasy. Raz przybyli pod jedną z takich warowni, która nie była wprawdzie miastem, gdyż brakło w niej domów, jednak schronili się tam mężowie i kobiety wraz z wielką ilością bydła. Chejrisofos więc zaraz z drogi uderzył na nią. Gdy tylko pierwszy szereg zmęczył się, podchodził następny i znowu inny, albowiem nie można było ustawić się dokoła gromadnie, gdyż naokoło był stok niedostępnie stromy.

Gdy Ksenofont przybył z tylną strażą, peltastami i hoplitami, Chejrisofos rzekł: „W samą porę przychodzisz, warownia ta bowiem musi być wzięta, gdyż wojsko nie będzie miało żywności, jeżeli nie zdobędziemy tego miejsca”. Następnie naradzali się wspólnie, a na pytanie Ksenofonta, co przeszkadza wedrzeć się do środka, Chejrisofos odpowiedział: „Jest tylko jedno dojście, to, które widzisz. Kiedy jednak ktoś usiłuje tędy przejść, staczają głazy z tej sterczącej skały. Kto zaś zostanie trafiony, patrz, jak wygląda” — i pokazał ludzi z pomiażdżonymi nogami i żebrami.

„Jeżeli jednak wyczerpią zapas kamieni — rzekł Ksenofont — chyba już nic nie przeszkodzi zbliżyć się, widzimy bowiem naprzeciw tylko tę niewielką liczbę ludzi, a i wśród nich dwóch czy trzech uzbrojonych. Przestrzeń zaś, którą mamy przebyć pod gradem kamieni, wynosi około półtora pletra, jak i sam widzisz, z tego prawie jeden pletr zarośnięty gęsto wysokimi sosnami. Cóż ludzie ucierpią od rzucanych albo toczących się kamieni, jeżeli się ustawią za drzewa? Pozostała więc część wynosi już tylko pół pletra, a tę trzeba będzie przebyć, gdy ustanie rzucanie kamieni”.

„Ale — rzekł Chejrisofos — jak tylko zaczniemy się zbliżać do gęstwiny, natychmiast poleci grad kamieni”. „Właśnie tego — odpowiedział — nam potrzeba. Prędzej bowiem czerpią ich zapas. Ale ruszajmy w to miejsce, skąd, jeśli nam się uda, pozostanie nam do przebycia tylko niewielka przestrzeń, i skąd łatwiej biegiem wycofać się, jeżeli zechcemy”.

Więc wyruszyli Chejrisofos, Ksenofont i setnik Kallimachos z Parrazji. Albowiem w tym dniu na niego z setników tylnej straży wypadła służba, inni zaś setnicy pozostali w bezpiecznym miejscu. Za nimi więc poszło naprzód pod drzewa około siedemdziesięciu ludzi, nie gromadnie, lecz pojedynczo, każdy mając się na baczności, jak tylko mógł. Agasjas ze Stymfalos i Aristonimos z Metydrion, również setnicy tylnej straży i inni, stanęli poza tym miejscem, gdzie rosły drzewa, między drzewami mogła się bowiem bezpiecznie pomieścić najwyżej jedna kompania.

Wtedy to Kallimachos wpadł na dobry pomysł: od drzewa, pod którym stał, wybiegał dwa albo trzy kroki naprzód, a gdy tylko zaczęły padać kamienie, cofał się prędko. Przy każdym takim wybiegnięciu naprzód zużywano ponad dziesięć wozów kamieni. Gdy Agasjas ujrzał, co Kallimachos robi i że całe wojsko przypatruje się temu, bał się, że tamten pierwszy przybędzie na miejsce. Nie zawoławszy ani blisko stojącego Aristonimosa, ani Luzjaty Eurylochosa, swoich przyjaciół, ani kogokolwiek innego, biegnie sam i wyprzedza wszystkich. Kallimach, spostrzegłszy, że Agasjas go mija, chwyta go za brzeg tarczy. W tej chwili wyprzedza ich Aristonimos z Metydrion, a po nim Luzjata Eurylochos. Wszyscy oni bowiem ubiegali się o sławę bohaterską i współzawodniczyli ze sobą. Tak więc rywalizując, zdobywają twierdzę. A kiedy raz się tam wdarli, już ani jeden kamień nie padł.