— Ależ trująca atmosfera Wenus wyklucza istnienie życia — żachnął się Sturdy. — Zamiast zajmować się anegdotami, przejdźmy lepiej do faktów! Faktem jest, że kilkadziesiąt lat temu spadła na Ziemię rakieta międzyplanetarna.
— W której, jak wykazał profesor Czandrasekar, nie było istot żywych — przerwał Sturdy’emu sąsiad.
— Dobrze! Nie było! Ale rakieta nie mogła pochodzić z Wenus, boby na tej planecie musieli istnieć jej konstruktorzy, to znaczy istoty żywe! Czy to nie jest oczywiste?!
Znowu zaległa krótka cisza, w której we wszystkich słuchawkach rozlegał się przyspieszony, astmatyczny oddech starego biologa. Potem Arseniew, ściągając swoje grube brwi, powiedział po raz drugi od rozpoczęcia dyskusji: — Nie.
I zmierzywszy spokojnym wzrokiem osłupiałego biologa, dodał:
— To nie jest oczywiste.
Tyle pewności było w jego głosie, że uczeni zastygli na sekundę, porażeni wywołanym obrazem niesamowitego świata, na którym istnieją myślące i działające, choć martwe istoty. Przewodniczący, profesor Kluever, wstał i spoglądając to w jedną, to w drugą stroną sali, podniósł ząkę.
— Proszę kolegów — rzekł — wpłynął nagle wniosek, aby zadać ogólnemu zgromadzeniu Komisji Tłumaczy trzy pytania, nad którymi odbędzie się oddzielna dyskusja. Oto one:
1. Czy należy sądzić, że nieznane istoty, zamieszkujące Wenus, zmierzają do zniszczenia życia na Ziemi?
2. Jeżeli tak, to czy należy uważać, że ludzkości może z ich strony zagrażać rzeczywiste niebezpieczeństwo?