Na zaprószonych płytach widniały eliptyczne ślady, może czterocentymetrowej średnicy. Wyglądały jak ślady kogoś, kto przeszedł po zakurzonej powierzchni na szczudłach zakończonych owalnymi skuwkami. Arseniew zmierzył odległość pomiędzy dwoma śladami; wynosiła 36 centymetrów. Poszliśmy za nimi długą opuszczającą się galerią, która zwężała się powoli, aż utworzyła rodzaj korytarza o nachylonych ku sobie ścianach. Miejscami pył znikał i wówczas traciliśmy ślady z oczu, ale innej drogi nie było, więc kroczyliśmy dalej. Nagle korytarz skręcił. Gładkie ściany kończyły się, wsparte o naturalną skałę. W dole pomiędzy jej fałdami otwierał się czarny ziew. Tuż przed nim grunt pokrywała warstwa stwardniałego szarobrunatnego szlamu. Owalnymi wgłębieniami znaczyły się tam ślady prowadzące w głąb ciemnego lochu. Postanowiliśmy iść dalej, jak daleko się da.

Trzeba się było posuwać na rękach i kolanach. Ściany naturalnego chodnika tworzyła jednolita, słabo rzeźbiona skała. Niegdyś musiał tędy płynąć podziemny strumień: w miejscach węższych, gdzie prąd wody żłobił sobie przejście ze wzmożoną siłą, ściany wygładziły się. Tu i ówdzie na dnie w twardym jak kość ile widniały owalne odciski. Raz i drugi zabębniły po hełmach drobne kamyki, lecące ciurkiem ze stropu. Wreszcie stało się tak ciasno, że nie mogliśmy się posuwać nawet na czworakach. Strop tworzyły ciemne pokłady skały podobnej do bazaltu, porznięte głębokimi szczelinami. Arseniew, który był na przodzie, rzucił światło poza zwężenie korytarza.

— Tam się robi przestronniej — powiedział. Poczołgał się, ale zaraz zawrócił, bo zaklinował się między głazami. Dopiero gdy zdjął plecak i miotacz promieni, przy mojej pomocy wcisnął się w skalną szyję. Poszedłem za jego przykładem, zostawiwszy plecak pod płaskim występem kamienia.

Jako szczuplejszemu udało mi się przejść łatwiej. Przez chwilę było zupełnie ciemno. Nagle grunt zadrżał. Coś uderzyło mnie boleśnie w nogę. Gwałtownie rzuciłem się do przodu i wypadłem w szerszą przestrzeń. Rozległ się przeciągły niegłośny huk, potem odgłos kilku padających kamieni — i nastąpiła cisza.

Zapłonęło światło. Było tu tyle miejsca, że mogliśmy stanąć obok siebie. Arseniew oświetlił otwór chodnika. W głębi czerniała ściana głazów. Nastąpił obwał; byliśmy zamknięci.

— Fulgurit — powiedział Arseniew. Miałem w kieszeni kilka lasek tego środka wybuchowego. Podałem mu je. Z kolei on włożył rękę do kieszeni po spłonki i kabel detonujący. Reflektor zawiesił sobie na piersi; w odbitym od skały świetle widziałem jego twarz za szybą hełmu. Nagle drgnął i znieruchomiał. Obmacał jedną kieszeń, drugą. Spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłem to, czego nie widziałem dotąd nigdy: zwyczajny ludzki strach. Była to sekunda. Opuścił powieki.

— Nie masz spłonek? — zapytał.

— Nie.

— Ja też nie. Musiały wypaść, kiedy się czołgałem. Fulgurit jest środkiem bardzo niepewnym w użyciu.

Bez specjalnych spłonek nie wybucha, nawet włożony w ogień. Cztery ładunki, które mieliśmy, były bezużyteczne. Trochę szarawego ciasta, nic więcej.