Pisali do siebie listy, począwszy od trzeciego miesiąca znajomości. Pisali je w domu i przynosili na spotkania, pisali je nawet czasem na spotkaniach. Czytali je najczęściej na spotkaniach, rzadziej w domu. Pisali gorączkowo, „na kolanie”, na stronach zeszytów szkolnych, na papierze woskowym od śniadań, na niemożliwych świstkach.
„K. E., cieszę się dlatego, że przychodzisz do mnie do domu, że nie jesteś zaskorupiała, normalna, porządna (przyjemny spokój, śmierć za życia), i przez to dla mnie żyjesz, a niewielu ludzi żyje dla mnie (nie chciałbym, abyś dla mnie umarła).
Męczę się dlatego, że jesteś kobietą, czyli dzieckiem, które zostało samo w domu (równocześnie nigdy, nigdy nie chciałbym, abyś przestała być tak bardzo kobietą), i wszystko, co rozumiesz, muska ci tylko mózg i dlatego wszystko, co do ciebie napisałem, płowieje i blednie tak szybko, a uczucia twoje nie odnoszą się do mnie, bo mnie wcale nie znasz, a ja uważam, że nie jestem teraz człowiekiem. Znasz mnie zdeformowanego, przez to, że cię kocham, zmiażdżonego tym, niemal spłaszczonego, jak człowiek przejechany przez walec do ubijania dróg; galaretowata, wstrętna masa. Wszystko, co robię, nie jest warte dwóch zdań, powiedzianych przedtem, jak to dawno (megaloman), jednego ruchu ręki, gdybym się go starał zrobić bardzo dobrze.
Jestem zaplątany w wielkie i mokre kłębowisko przeżyć, które — obrzydliwe i lepkie, a równocześnie wspaniałe, jako przyszły materiał i w ogóle — rozrosły się we mnie i sprawiają mi mękę i rozkosz wiecznego głodu. Rozwinęło się we mnie, dzięki tobie, takie małe, zepsute, zgangrenowane ziarnko niepokoju; znalazło dobry klimat.
Pokazuję ci ciągle moje słabe i bezbronne strony. Czy wreszcie nauczysz się w nie — nie uderzać? Nie prowadź ze mną gry, bo wiesz, że wygrasz. Powiedziałaś: — Dlatego mnie lubisz, bo jestem zła. Czy to ma być próba obrony, tak na wszelki wypadek, automatyczna, nieświadoma, przed ciosami, które nie nastąpią?
Wreszcie chciałbym ci pokazać moją najsilniejszą stronę: wątpię, czy ktoś potrafi cię tak właściwie ocenić, tak dokładnie, tak rozmaicie.
e.”
„nie chcę cię oszczędzać — to jest twoja wina — nie chcę żebyś mnie tak kochał — tak źle — nie mogę cię też oszczędzać — to jest może »obrona przed uderzeniami, które nie nastąpią« — a może nie, nie wiem, całowałam się przyjemnie z Witkiem — używając języka, też — ja leżałam, on siedział nade mną z tyłu — nie nauczę się nigdy nie uderzać i nie chcę — musiałbyś dla mnie nic nie znaczyć — jak powietrze — dla mnie mało znaczą listy — znaczy tylko zachowanie się — tym można wszystko zrobić — a ty? — ja chcę wyjechać — nie wyobrażam sobie na razie jak bym się obeszła bez ciebie — nie wiem jak to jest połączone ze śmiercią — ale na razie — odjechać gdzieś daleko — jak nie to się puszczę albo zabiję, albo nie wiem co — tutaj umrę zginę „śmierć za życia” — jestem zła, że tej historii ze mną chcesz użyć literacko — tam będę rozłożona i nie sobą — chciałabym, aby mnie jakiś dobry malarz malował nago — ale na razie lubię cię i całuję —
Ewa”
„...jestem bezradny, dlatego że przy pomocy słów nic nie mogę zmienić, nic wytłumaczyć (znów »tłumaczyć«) i jestem po prostu zatkany jak zlew. Nie mogę ci obiecać, że ten list będzie ostatni, ale gdybym mógł, obiecałbym. Piszę listy, dlatego że to jest mój naturalny sposób wyrażania się, ale piszę je też, bo w twojej obecności zapominam wszystko, co chciałem powiedzieć. Jak tylko pomyślę, że masz przyjść.