— Idź, przyprowadź mamę.
— Śpij, smarkaczu!
Zobaczył, że zasypia. Wziął nóż kuchenny i podszedł do niej.
— Marysiu!”
I tak dalej.
Ona w końcu wstaje, bierze go na ręce, on czepia się rękami klamek i wrzeszczy.
Emil płynie powoli po własnych zdaniach. Co ma powiedzieć Jano w ostatecznym, błagalnym i rozpaczliwym momencie? Wraca znów z prądem słów, natrafia na ten sam zakręt. Powoli przerzuca swoją przeszłość, swoje rozmowy z dziećmi. Jest przez chwilę naciągnięty jak struna, nim się ją puści, nim wyda dźwięk.
Mały chłopiec prosi go w parku:
— Daj mi zegarek, zobaczysz, ja ci dam też, daj mi...
— Co mi dasz?