I myślał:

„Zdradzamy tych, którzy kochają.

Jak przypadkowy jest wybór obiektu miłości. Pod wielu nawarstwieniami uczuciami wtórnymi i innymi czortami, kryje się przypadkowa chwila, nastrój, który, jak kamień spadający, wywołuje lawinę-miłość, i nie można przewidzieć jej kierunku.

Miłość to jest coś w rodzaju odkręconego kranu. Jest prawie wszystko jedno, do jakiego naczynia woda się będzie lała.

Zdradzamy tych, którzy kochają. Dlaczego? Bo nas kochają. To jest powód DOSTATECZNY”.

I myślał:

„Dziecko dostaje lanie od matki i beczy. I jedynie matka, która je bije, może je pocieszyć”.

Przypomniał sobie brwi: jastrząb w powolnym locie, oczy o niebieskich białkach, które wyglądają tak, jakby pływały w parafinie, i pomyślał: „Ja kocham Ewę i koniec”.

Popatrzył na zegarek: 8.45. Pomyślał bez związku: „Początek Appassionaty — coś z groźby zwisającego orkanu”.

A Ewa kochała go tak, jak kocha się pluszowego niedźwiadka, któremu wykręca się uszy i rozpruwa brzuch, aby wiedzieć, co jest w środku — a bez którego nie może się usnąć.