— Nie zabierzesz dziecka.
— Pffi, dużo sobie z tego robię. Tam będą śluby cywilne. Bardziej mnie obchodzi, żeby dziecko rozróżniało jałowiec od kaktusa. I żeby znało słowa „ozimina”, „krokiew”, „żuraw”.
— Ty naumyślnie pleciesz „żuraw” i tam dalsze. Ja jestem miastowy. Nie ze wsi, jak ty. Dobrze, drewniana noga, niech sobie będzie, ale jak forsa też będzie? Nie szalej, nie szalej.
I tak dalej. Bez końca. Około pół do ósmej zaczęły się rozmowy sąsiadek przez okna i balkony.
— Mój Hans jeszcze nie miał stolca. Posłałam po lekarza.
— Tak, stękał całą noc.
— Wątroby nie mogłam dziś dostać.
— Pani jest słaba dziś, no rozumiem, skrobanka to nie jest zbyt przyjemne.
— Ta Lili spod trzeciego ma wcale ładnego kochanka. Taka zdzira, jak jej się wszystko udaje.
— Ja wiem, proszę pani, dlaczego jej się udaje. Przy sposobności.