— Jak, braciszku, chcesz pomacać różne kształty, to pojedź autobusem. Tam jest taki ścisk, że nie wiadomo, czyja ręka, czyja noga. Możesz mieć najrozmaitsze biusty, brzuchy. Pojedź autobusem. Będziesz mógł swobodnie przejeżdżać się po tyłkach. Są teraz mało ubrane. Nie noszą staników ani majtek. Jaka okazja za siedem milsów. Mówię ci. Tam są rzeczy niebywałe. Nawet wsunąć możesz, jak będziesz sprytny. Ale ty nie jesteś sprytny. Niestety.
Nagle mówi: chodź.
Prowadzi mnie do machlulu numer trzydzieści osiem, gdzie stęka jej ojciec.
— Nie przejmuj się nim.
Już wiedziałem, jak odpina się stanik. Ale ona go zdjęła sama. I spodenki też. Robiła to powoli, patrząc na mnie. Miałem wrażenie, że uczyła się czegoś. Kobiety zawsze się uczą. Nigdy nie przestają studiować.
Więc ona naga, ciało dziewczynkowate, trochę chłopięce. Całe opalone. Lśniąca plama. Stojąc, gdy ja leżę, mówi:
— Może się odzwyczaisz od swojej choroby?
— Jak to: odzwyczaisz?
— No, po prostu... nie będziesz chory.
— Ale ja...