— Zawsze przylatuje jeden komar ze swoim fletem i gra. Zawsze o czwartej.
— No, teraz jeszcze raz i śpimy.
Światła portu. Ogniki na morzu. Morze, które delikatnie chlupie o brzeg, niby cmokanie: „Tkam, tkam-tkam, tkam, tkam-tkam”.
31.
— Zaczął mnie w końcu ugniatać mój klozet — powiedziałem.
— Jaki znowu klozet? — spytała Batia.
— Ten, który na mnie czeka.
— Na razie jedziemy do Jerozolimy. Ta Sarah podała mi adres.
— Ale co będzie ze mną?
Widziałem już listy gończe. W rodzaju: „Zawiadamiamy wszystkie posterunki policji, że z mieszkania takiego a takiego uciekł, sposobem bliżej nieznanym, paranoik schizofreniczny, niebezpieczny dla otoczenia”. Drżałem, bałem się, kurczyłem, wlazłem pod łóżko, tam zwinięty w kłębek, usnąłem.