— Testament! Mój testament!... Alboż myśli się o testamentach, nosząc całe mienie przy sobie, za przykładem filozofa Biasa?...
— Cóż to więc takiego?
— Już ci powiedziałem. Spełniam zlecenie dane mi przez inną osobę.
Jakub Szablisty zwrócił na przyjaciela wzrok ciekawy i pytający.
Sawiniusz zrozumiał milczące żądanie. Z kieszeni kaftana wydostał złożony pergamin, owinięty w zielony jedwab, z wielką pieczęcią, która musiała być świeżo odciśnięta, zalatywał bowiem od niej jeszcze ostry zapach wosku. Arkusz ten nie nosił żadnego napisu, pieczęć nie była opatrzona żadnym herbem. Widniały na niej tylko dwie litery C i B, dziwacznie ze sobą splecione, na tle posianym gwiazdami.
Z pierwszego zatem wejrzenia tajemniczy pergamin niczego nie wyjaśniał zaciekawionemu proboszczowi z Saint-Sernin.
Sawiniusz podsunął dokument pod oczy przyjaciela i dotykając palcem pieczęci, rzekł:
— Jakubie! W tej kopercie zamyka się przyszłość pewnego człowieka, los całej rodziny, rozwiązanie tajemnicy życia lub śmierci.
— Daj go — wyrzekł z mocą proboszcz.
Wyciągnął rękę i wziął cenny dokument.