Nie dokończył. Złowrogi uśmiech prześliznął się po jego bladych wargach. Roland przygotowany był sięgnąć uzbrojonym ramieniem do najskrytszej ciemnicy więzienia Châtelet i ugodzić w bezbronną pierś Ludwika.

— Ech! — wtrącił poufale sługus — czyżby to jeszcze szło o tego lalusia, wicehrabiego?

— Cóż to, mości Rinaldo, odważasz się mnie badać?

Sługus zaczerwienił się i z przesadną uniżonością spuścił oczy w ziemię.

— Idź — zakończył hrabia — i nie staraj się wiedzieć więcej, niż potrzeba. Masz tu zasiłek dla dodania odwagi swym ludziom.

Roland zanurzył rękę w szufladzie florenckiego kantorka, kunsztownie wykładanego kolorowymi kamykami, słoniową kością i masą perłową — i wydobył garść złotych pieniędzy, które, nie licząc, rzucił na stół przed Rinalda.

Włoch ukrył pośpiesznie złoto w swej kiesce i posłuszny skinieniu ręki swego pana zabrał się do odejścia. Odchodząc, rzekł jeszcze:

— Jutro wieczorem będę miał zaszczyt zawiadomić pana hrabiego o wyniku swych poszukiwań. Teraz idę obmyślać plan działania.

Świtało już, gdy Roland kładł się do łóżka. Na próżno jednak przyzywał sen; na jedną chwilę nie mógł się uspokoić. Dźwięczał mu nieustannie w uszach przenikliwy głos Cyrana, a nazwisko prawdziwego ojca, Jakuba Rogacza, postrzygacza baranów, występowało wciąż przed jego oczyma, wypisane ognistymi głoskami na ciemnej ścianie pokoju.

W tymże czasie Cyrano „wychrapywał w najlepsze”, wedle wyrażenia Rinalda. Toteż wstał o wczesnej godzinie, doskonale wywczasowany i z potrzebnymi do dalszych zapasów siłami.