— Cóż to, babo — zgromił ją poeta — trzebaż koniecznie złotego klucza, aby ci dziób otworzyć? Chcę pomówić z Zillą!

— A co to za interes?

— To do ciebie nie należy.

— Kiedy bo Zilla nie bardzo chętnie przyjmuje nieznajomych, szczególnie o tej godzinie i kiedy jest sama.

Cyrano brzęknął kieską, w której złote i srebrne sztuki wydały dźwięk nader przyjemny dla ucha.

— Kiedy nieznajomi — wyrzekł — mogą ofiarować taką cenę za przysługę, której żądają, Zilla, jak mniemam, nie będzie zbytecznie liczyć się z godziną. Krótko mówiąc, łaskawa damo — dodał tonem poufnie ironicznym — przybywam w celu kupienia napoju miłosnego.

— Jeśli tylko o to chodzi — oświadczyła uspokojona megiera — jego wielmożność nie mogła trafić lepiej. Proszę do środka. Tymi schodami raczy pan iść na górę, doprowadzą one prosto do pokoju Zilli.

Cyrano obyć się mógł wygodnie bez tych wskazówek; znał on już drogę do gniazda Cyganów. Toteż śmiało wstąpił na strome i brudne schody, na których Castillan potknął się i pośliznął trzy czy cztery razy, co sprowadziło tyleż klątw na Dom Cyklopa.

Wąska smuga światła wychodząca z niedomykających się drzwi Zilli wskazywała drogę Cyranowi, który inaczej nie potrafiłby kierować się wśród zupełnych ciemności, w jakich pogrążone było całe wnętrze domu.

Dobrawszy się nareszcie do celu, nie potrzebował pukać, pod lekkim bowiem naciśnięciem otworzyły się drzwi na całą szerokość i obaj przybysze znaleźli się, prawie niespodzianie, przed obliczem wróżki.