— Ależ naturalnie. Będzie to dla mnie uczta bogów.

— Więc proszę za mną.

Starzec wziął tłumoczek i poprzedzany przez gospodarza jął gramolić się, kaszląc okropnie, po schodach wiodących na wyższe piętro. Gdy weszli na korytarz pierwszego piętra, gospodarz wskazał palcem jedne drzwi.

— To tu właśnie — rzekł z dumą — raczy przemieszkiwać szanowny pan de Cyrano.

Nieznajomy zatrzymał się i zaczął przyglądać się drzwiom z miną pełną szacunku i czułości.

— Tu? — powtórzył, składając ręce z nabożeństwem.

— Tak, lecz stąpaj pan z wolna i po cichu, gdyż poeta nasz jest słaby. Gorączkuje trochę i sekretarz jego prosił mnie, aby wstrzymać się od wszelkich hałasów, które mogą choremu zaszkodzić.

— A, Najświętsza Panienko! I skądże to spadło na tego niezrównanego człowieka?

— Pchnięto go nożem w jakiejś rozprawie. Przytrafia mu się to często, gdyż, jak panu zapewne wiadomo, tyleż ma do czynienia ze szpadą, co z piórem.

— Niech go Bóg ma w swej opiece! — westchnął starzec z namaszczeniem.