— Hej, acanie! — zakrzyknął nań Ben Joel bez dłuższych wstępów — czy acan znasz ludzi, którzy zjechali tu przed chwilą?

— Czy ich znam? — odrzekł szynkarz. — Od dziesięciu lat stale odwiedzają mój zakład. Przybywają zawsze na święta.

— W takim razie nieobce jest ci pewnie imię Maroty.

— Tancerki? Śliczne ślepki ma ona, mój panie!

— Znasz ją zatem acan dobrze. Proszę mi powiedzieć, gdzie ona jest w tej chwili?

— W swoim pokoju. Czy chcesz pan z nią pomówić?

— Być może. A gdzież to ten pokój?

— A któż pan jesteś, że tak bez żadnych ceregieli wybierasz się do pokoju panny Maroty?

— Nie obawiaj się, acan. Należę do przyjaciół tej panny i nie zamierzam bynajmniej czynić zamachu na jej cnotę, którą zresztą znam od dawna.

Na wspomnienie o cnocie szynkarz mrugnął dowcipnie i znacząco, jakby dawał do zrozumienia, że wie, czego się trzymać w tym względzie.