Marota westchnęła.
— Ja muszę tam iść pieszo! — wyrwała się jej skarga.
— Pieszo? Ależ to porządny kawał drogi, piękna panno!
— Wiem o tym dobrze. Może znajdę w drodze jaką dobrą duszę, co pozwoli mi przysiąść na swoim wózku.
Po tych słowach Cyganka udała się w dalszą drogę, przyśpieszając kroku, jakby chciała wynagrodzić czas stracony na rozmowie ze służącym.
Przeszła bramę miejską, nie zatrzymując się nigdzie ani na chwilę i znalazła się na drodze do Romorantin.
Nadmienić wypada, że wychodząc z wielkiego placu, Marota otarła się o jakiegoś człowieka, stojącego z miną roztargnioną na rogu jednej z ulic, i szepnęła mu kilka słów głosem przyciszonym.
Tym człowiekim był Ben Joel.
Tancerka znajdowała się już o pół mili za miastem, gdy Castillan wyjechał z niego.
Wybiła trzecia z południa. Sulpicjusz spodziewał się stanąć w Romorantin o zachodzie słońca.