— W jednym z tych miasteczek spodziewam się znaleźć kompanię komediantów i tancerzy, w której zapewne potrafię się umieścić. Imię moje jest dość głośne, mój panie!
— Nazywają panią Marotą, nieprawdaż?
— Do usług pańskich, panie Castillan.
— I zamierzasz pani udać się do Romorantin pieszo?
— Rozumie się, gdyż nie mam środków na odbycie tej drogi powozem.
— A więc posłuchaj, piękna Maroto. Byłoby grzechem, gdyby mężczyzna, wychowany w dobrych zasadach, pozwolił, aby twoje nóżki wykonać miały tak ciężką pracę. Jeśli zgodzisz się, możemy odbyć tę drogę razem. Jest to przy tym dobra sposobność odwdzięczenia się za troskliwość okazaną mi nocy minionej.
— Myśl pańska bardzo mi się podoba, ale jakże wprowadzić ją w wykonanie? — rzekła Marota udając zakłopotanie, naprawdę zaś ciesząc się niezmiernie z tego obrotu rzeczy.
— Nic łatwiejszego! Nie mogę wprawdzie oddać pani konia, a sam iść pieszo, gdyż zależy mi na pośpiechu, siodło moje wszakże jest dość szerokie i mocne, abyśmy oboje siedzieć na nim mogli.
— Z całą chęcią, mój szlachcicu. Nigdym jeszcze dotąd tak wesoło nie podróżowała.
— Proszę zatem siadać.