— Panienko — rzekł Sulpicjusz do tłustej służącej — jakkolwiek jeszcze jasny dzień na dworze i właściwa godzina wieczerzania jeszcze nie nadeszła, trzeba, żeby kucharz puścił w ruch rożen i pokazał nam, co umie. Jak prędko będziemy mogli zasiąść do stołu?

— Gdy się ściemni, to znaczy za godzinę.

— Wyśmienicie! Nic weselszego jak uczta przy świetle. W łunie zatlonych świeczników kryształy, wino i piękne oczy nabierają najsilniejszego blasku. Co o tym myślisz, Marotko?

— Myślę, że za wiele hałasu o zwykłą wieczerzę podróżnych.

— Proszę mnie to zostawić. A, panienko! — przerwał sobie, przytrzymując za ramię oddalającą się służącą — będziemy wieczerzać w moim pokoju. Gdzie jednak, u licha, mój pokój?

— Niech pan pozwoli, zaprowadzę — odrzekła tłuściocha.

— Proszę i dla mnie przygotować mały pokoik. Muszę poprawić trochę ubranie, aby nie zrobić wstydu amfitrionowi.

Młodzieniec i tancerka zamienili uśmiechy i ukłony, i rozłączyli się, czekając na godzinę wieczerzy.

Potężny ogień płonął w kuchni, skwierczał tłuszcz w przystawionych doń rondlach i rozchodziły się dookoła zapachy najmilej w świecie łechcące powonienie, gdy dwaj ludzie podejrzanej powierzchowności zatrzymali się przed domem.

Jeden z tych ludzi zauważył natychmiast czerwony znak na czołowej ścianie oberży. Padały nań właśnie ostatnie promienie zachodu i czyniły tym wyraźniejszym.