— Uwiężą go chyba, co?

— Dziś jeszcze. Właśnie w tym celu ów pan udał się do wójta. Da Bóg, że już wieczorem nałożą mu kajdany i odprowadzą do więzienia w Tuluzie. A niezadługo pójdziemy tam wszyscy przypatrywać się, jak będą go piekli.

— Ale — zapytał jakiś nieśmiały — kto go przytrzyma?

— My wszyscy, gdy będzie trzeba. Gdzie idzie o uwolnienie całej okolicy od takiej zarazy, nikt chyba nie odmówi pomocy.

— Dobrze mówi gospodarz! — zakrzyknęła gromada. — Pójdziemy wszyscy. I ciebie też, mości zakrystianie, weźmiemy ze sobą; będziesz niósł za nami kubeł wody święconej.

Zakrystian, mały staruszek o tłustej, bladej twarzy, który przysłuchiwał się rozmowie z miną niespokojną, odpowiedział na wezwanie ruchem wyrażającym największy przestrach.

— Tak, tak — powtórzył oberżysta — weźmiemy Guillemina.

— W istocie... bez wątpienia... — bąkał zakrystian — woda święcona... Ale będziecie mieli też z sobą i widły, nieprawda?

— Widły i noże, do stu piorunów! — wykrzyknął wojowniczo Landriot, wyciągając zza pasa swój nóż kuchenny. — Poczekajmy tylko, aż powróci nasz urzędnik do szczególnych poruczeń.

Podczas gdy w ten sposób zagrzewały się głowy zwykłych gości Landriota — co doskonale przewidział i na co właśnie liczył przebrany Rinaldo, zalecając oberżyście najściślejszą tajemnicę — fałszywy urzędnik przybył do wójta.