— Tak, margrabino! — odrzekł wesoło Cyrano i podchwytując sposobność popisania się grą słów, w której zawsze celował, dodał: — Trapiła mnie trojniaczka i czwartaczka.

— To znaczy — pośpieszył wytłumaczyć Roland — żeś się znów pojedynkował!

— O, prawie mimo woli! Przyjaciele moi niesłusznie nazywają mnie „prymusem” towarzystwa stołecznego, od tygodnia już bowiem nie upłynął dzień jeden, abym nie był czyimś sekundantem. Pomagałem bić się kochanemu de Brisailles, który pojedynkował się, nie wiem, dalibóg, o co; potem podtrzymywałem drogiego Canillaca; sam zaś wyniosłem z tych utarczek kresę przez nos, dotąd jeszcze widoczną.

— To są drobne awanturki! — wtrącił margrabia. — Mówią, że spotkało cię coś poważniejszego...

— Nie wiem, o czym chcesz mówić, margrabio?

— Alboż nie pokłóciłeś się z Poqueliniem, który tak niegrzecznie ściągnął jedną scenę z twego Pedanta, aby ją następnie przyczepić do tej farsy, która ma tytuł Szelmostwa Skapena?

— A, już wiem, o co ci idzie.

— Widzę, że dość obojętnie sprawę tę traktujesz.

— Po cóż mam ją traktować inaczej! — rzekł poeta, wzruszając ramionami. — Jeżeli Molier wyskubuje piórka z moich dzieł, aby się w nie przystroić, ludzie o tym wiedzą i mówią, jestem już przeto dostatecznie pomszczony. Zresztą, jeśli kradnie moje myśli, dowodzi tym, że je ceni; nie tknąłby ich, gdyby sądził, że nic nie są warte.

— Bez wątpienia.