Podniósł się z ziemi, zawinął w chustkę miedziaki, które uważał za słuszne wynagrodzenie swej wielkiej zręczności, przeznaczając je dla prawdziwie biednego, i schował się do kąta, aby przywdziać na powrót odzież.
Po upływie kwadransa, nic już nie słysząc, postanowił wreszcie wychylić się na świat.
Ale w tej samej właśnie chwili, gdy opuszczał kryjówkę, druga banda, niehałasująca na kształt tamtej, lecz przeciwnie, skradająca się w milczeniu kocim, zdradzieckim krokiem, zjawiła się niespodzianie naprzeciw niego.
Sam wpadł jej w ręce, nie przeczuwając tak bliskiego niebezpieczeństwa.
Potężny krzyk triumfu powitał ofiarę i łucznicy pospołu z mieszczanami rzucili się na Cyrana.
W jednej chwili został pochwycony przez kilkanaście rąk za włosy, za nogi, za odzież, po czym ciągnąć go zaczęto w stronę więzienia.
Pomiędzy ciągnącymi znaleźli się — jak zwykle — i tacy, których bardziej obchodziły jego pieniądze niż osoba. W jednej chwili przeszukali oni kieszenie poety i przywłaszczyli sobie resztę jego pistolów.
„Do licha! — myślał Cyrano, stawiając daremny opór motłochowi — trudno mi będzie, jak widzę, przybyć w porę do Saint-Sernin. I cóż się stanie z biednym Ludwikiem?”
— Panowie łucznicy! — wyrzekł głośno — oddaję się pod waszą opiekę. Bądźcie łaskawi powstrzymać swawolę motłochu. Czynię was odpowiedzialnymi za całość swej osoby.
— Dalej, w drogę! — rozkazał jeden z żołnierzy. — Zaprowadzą cię do ratusza.