— Czułości na później, a teraz: bądź zdrów!

Castillan wycisnął dwa tęgie całusy na śniadych policzkach Cyganki i Marota, której męskie przebranie zapewniało zupełną swobodę ruchów, wskoczyła na siodło ze zręcznością zawodowej woltyżerki.

— Widzę, że to nie były przechwałki — zauważył Sulpicjusz. — Jesteś prawdziwą amazonką.

Przy tych słowach wyprowadził konia na drogę i podał uzdę Marocie.

— Pamiętaj być ostrożnym! — upomniała go jeszcze, kłaniając się bacikiem.

— Pamiętaj pośpieszać! — odrzekł młodzieniec.

Koń, uderzony silnie po boku, pomknął jak wicher. Gdy ucichł już tętent kopyt, Castillan wsparł się plecami o drzewo i w tym położeniu spędził resztę nocy na czatach, wpatrując się w oświetlone okno plebanii i zważając, czy nie wymknie się z niej Ben Joel.

XXXI

Nie ukazało się jeszcze na niebie słońce, gdy Castillan wskroś mgły porannej ujrzał jakiegoś człowieka zmierzającego prędkim krokiem do kościoła w Saint-Sernin.

Był to zakrystian.